Latest Posts



Twoi podwładni słysząc stukot obcasów w biurowym korytarzu powinni zrywać się z miejsc by sypać Ci pod stopy płatki róż. Na korytarzach zamiast tandetnych widoków morza w ramkach powinno widnieć Twoje zdjęcie. Właściwie to mogłyby być nim wytapetowany cały budynek. Tyle przecież robisz dla Tej firmy, to przecież wyłącznie dzięki Tobie ta firma jest na drugim miejscu w kraju, co powtarzasz w co drugim zdaniu podczas spotkań ze znajomymi nawet kiedy pytają Cię co chcesz zamówić do picia. Tak tak, możesz pochwalić się, że wasze fit eko bezglutenowe płatki za jedyne trzydzieści dwa złote za pudełko wzbogacone o 81 minerałów i 165 witamin wyparły kanapki z serem i ketchupem na śniadanie w domach 90% Polaków co pokazują oczywiście stosowne badania. Jednym słowem jesteś kobietą sukcesu, właściwą osobą na właściwym miejscu co szef powtarza na każdym spotkaniu. W firmie pojawia się ona. Trafia pod Twoje skrzydła do pomocy jako asystentka. Mała, nieśmiała, ledwo po studiach, ech, śnieżynka, nic nie wie o tym biznesie, ale spokojnie, Ty ją wprowadzisz. Każdego dnia wpatrzona w Ciebie niczym nastolatka w Bradleya Coopera w nowej komedii romantycznej zapisuje każde Twoje słowo, a Ty siedząc za biurkiem jesteś dla niej niczym Zeus siedzący na szczycie Olimpu. Pozwalasz jej zrobić projekt, który ma przedstawić na kolejnym spotkaniu zarządu już zacierając ręce ile będzie śmiechu kiedy to niepozorne dziewczę stanie przed tymi rekinami i pewnie ze stresu zapomni jak się nazywa. Na szczęście Ty będziesz tuż obok i po raz kolejny pokażesz swoje doświadczenie i profesjonalizm. Ach, po raz kolejny udowodnisz jesteś taka wspaniała ratując ją  opresji.
Przychodzi spotkanie - szok. Mała się spisała. Co więcej zakończyła prezentacje oklaskami na stojąco. Przez kolejny miesiąc wszyscy mówili tylko o tym, a szef zachwycał się, że rośnie im nowa gwiazda. Nikt już nie pamięta o Twoich ostatnich sukcesach, na ustach wszystkich jest - ona.
Nagle tracisz grunt pod nogami, dochodzi do głosu uczucie, którego do tej pory nie znałaś - strach o swoją pozycję, na którą pracowałaś latami. Strach pociąga za sobą działanie - nie zlecasz już nowej projektów, a parzenie kawy i kserowanie sterty dokumentów, które później z braku już pomysłów czym ją zarzucić karzesz zutylizować w niszczarce do papieru. Po pewnym czasie na biurku masz wypowiedzenie, a ona przechodzi do innej firmy i zamiast asystentką i pomocą w Twoim przedsiębiorstwie staje się... konkurentką u waszego największego rywala.

Efekt finalny?
Straciłaś.
Dobrego pracownika i możliwość współpracy z osobą, z którą mogłaś dalej budować losy i wzmacniać pozycję na rynku, a zyskałaś rywalkę. Teraz zamiast razem pić piernikową latte w modnej kawiarni, będziecie starały się dosypywać sobie do kawy cyjanku kiedy druga nie patrzy. Zamiast wspólnego kupowania dwusetnej, ale oczywiście potrzebnej nowej pary szpilek, podpiłowywanie sobie obcasów, by ta druga runęła ze schodów jak długa na firmowym bankiecie. Straciłaś także dużo więcej... szacunek do siebie samej.
Za to też zyskałaś! Ale tylko poczucie niepokoju, stres i frustracje.

Przecież jeszcze niedawno wykrzykiwałyśmy wspólnie: kobieca solidarność, girl's power! W obecnych czasach ukierunkowanych na przedsiębiorczość, sukces, dążenie po trupach do celu i wszechobecną konkurencje pojawia się nowe: kobieta kobiecie wilkiem.
Zapominamy o wzajemnym wspieraniu na rzecz osiągania wyłącznie własnych profitów. Kto zajechał Ci drogę samochodem? Baba! Do tego pewnie blondynka z tipsami śpiesząca się na solarium, bo jeszcze jej łóżko ostygnie! Dodatkowo pewnie właśnie ona będzie wieczorem oczywiście według Ciebie z premedytacją tańczyć blisko Twego męża, aby a nuż skusić go w swojej skórzanej mini. Nieważne, że obrączka na jego palcu oślepia tak, że trzeba nosić przeciwsłoneczne okulary, ona na pewno ma już plan w głowie jak odebrać Ci Twoje ciasteczko.

Boimy się być gorsze, boimy się tej konkurencji, boimy się rywalizacji, która może przynieść przegraną. Zapominamy o jednym i najważniejszym. Wyłącznie zdrowa rywalizacja ma szansę przynieść rozwój. Nasza niepewność i brak wiary w siebie potrafi zburzyć jakiekolwiek fundamenty przyjaźni, za to spowoduje zostawianie za sobą trupów.

Masz dwa wyjścia: 
Raz - walczyć zawsze, z każdym na Twojej drodze, (a wierz mi, młodsza nie będziesz, a potencjalnych rywali będzie coraz więcej) dostępną możliwą bronią nieważne czy to pałka czy tłuczek do mięsa. W Twojej szafie nie zmieści się już nowa sukienka za której równowartość można by oświetlać całe miasto przez miesiąc, ponieważ wypełniona będzie tym co pozostało z Twoich przeciwniczek. Ty natomiast będziesz siedziała wygodnie na samym szczycie - sfrustrowana i wypruta z energii. Dodatkowo możesz się rozłożyć na tej kanapie jak Ci wygodnie, nawet nonszalancko z nogami na oparciu, nie musisz jej przecież z nikim dzielić - jesteś tylko Ty. Sama.

Możesz też pogodzić się z tym, że nie zawsze będziesz najlepsza. Nie będziesz. Za to skuteczniejsi od Ciebie mogą pomóc Ci rozkwitnąć. Czerpanie z wiedzy innych i ich zdolności nie tylko może nauczyć czegoś nowego, ale i zmotywuje do pracy i też rywalizacji, ale tym razem zdrowej. Zamiast toksycznych relacji zatruwających Twoje życie, osiągniesz receptę na to jak być coraz lepszą. Może Twojej produkcji zupa z puszki nie będzie nazywała się wyłącznie ,,Przysmak Kowalskiej" ale ,,Nowicka's i Kowalska's Soup" też mi fajnie, prawda?

Czy Wy również widzicie w swoim otoczeniu 
niezdrową konkurencję i coraz częstsze postrzeganie innych kobiet wyłącznie jako...
potencjalne rywalki
Zgadzacie się z popularnym ostatnio zjawiskiem:
kobieta kobiecie raczej wrogiem niż przyjacielem?  ;-)



Po angielsku mówi każdy, niemieckim też już większość ,,sprecha", chińskie znaczki też już wszystkie znasz i wiesz, że tatuaż koleżanki to wcale nie znane chińskie przysłowie tylko ,,kurczak w pięciu smakach".  To może teraz dla urozmaicenia nauczysz się wesołej czeskiej mowy i przy piwku ze znajomymi będziesz mógł rozbawić zebranych, że dziś pod oknem biegał Ci drevni kocur, buty tak Cię obtarły w tańcu, że przydałby Ci się naplast na kure oko, poza tym chyba będzie padać więc pytasz czy ktoś ma smaticka na paticku. W rzeczywistości w każdym języku, którego tak pilnie się uczysz umiesz się wyłącznie przedstawić, ponieważ w poniedziałek mówisz: ,,My name is..." we wtorek już to samo jednak brzmi inaczej ,,Me llamo Ludmiła" i nie masz już czasu na całą resztę trudnych do zapamiętania słówek. Poza troską o zwoje myślowe, nie możesz też zapominać o opakowaniu. Nawet najsmaczniejszy bowiem homar z małżami św. Jakuba w sosie veloute nie będzie smakować jeżeli podany zostanie na wyszczerbionym, duraleksowym talerzu z plastikowymi sztućcami i świąteczną serwetką w kolorowe pisanki. Stąd zapisałaś się na wszystkie zajęcia fitness i dodatkowo pomyślałaś o kursie salsy, coby na weselu przyjaciółki zachwycić gości swoimi obrotami i przy okazji może zwrócić nimi uwagę samotnego jak już się zdążyłaś dowiedzieć brata pana młodego. Po wykonaniu jednak trzech tysięcy podnoszeń hantli jedyne na co masz ochotę to zrobić z nich użytek w bardziej pożyteczny sposób i cisnąć nimi w panią instruktor. Koniec końców na  wieczornych zajęciach tanecznych zamiast kręcić piruety niczym gwiazda gorączki sobotniej nocy podpierasz ścianę tłumacząc to obawą o jej zawalenie. Karnet jednak wykorzystany jest do ostatniego wejścia, a to, że po miesiącu umiesz zrobić dwa podstawowe kroki w przód i w tył nie stanowi problemu.

Przepraszam Pana, gdzie znajdę sklep z wolnym czasem?
Ponieważ 24 godziny to zdecydowanie za mało, przydało by Ci się tak z 397543296 co najmniej, za to zadań lista dłuższa niż prezentów w liście do Mikołaja twojego dziecka. Chcąc dokonać wszystkiego robisz najczęściej wszystko na ,,raz", aby ze wszystkim zdążyć i tak naprawdę... nie robisz nic.

Przyznaj się, nie zrezygnujesz. Nie, nie, przecież kto ma dać radę jak nie Ty? Rezygnacja = porażka, to dla Ciebie synonimy. Chcesz dopasować się do ducha nowoczesnego świata i postępu, człowiek XXI wieku mający wiele fachów w ręku, ekspert w każdej dziedzinie. Przecież ówczesne tempo tego wymaga, to nie jest miejsce dla ludzi bez ambicji, dla nieprzedsiębiorczych, nieinwestujących w siebie. Dlatego do wypełnionego kalendarza doklejasz już kartki, bo nawet najdrobniejszym maczkiem nie masz gdzie zapisywać już dodatkowych zadań.

Nie ugryzł Cię radioaktywny pająk, nie musisz być spidermanem
Nikt z nas nie jest superbohaterem, nie mamy czerwonej peleryny i nasze zdolności mają pewne granice. Czasu dodatkowego też nie kupisz nawet jeżeli stać Cię, ponieważ właśnie odziedziczyłeś spadek po prababce ciotki Twojego kuzyna i Twoje konto powiększyło się o kilka dodatkowych zer. Możesz przeszukać allegro od góry do dołu jednak poza chińskimi pędzlami do makijażu nikt nie wystawił dodatkowych minut ,,kup teraz". 
Naprawdę ten dodatkowy kurs koreańskiego jest Ci potrzebny kiedy będąc w McDonald's u przyjaciół zza zachodniej granicy nie wiesz jak poprosić o dodatkowy plaster sera w Cheeseburgerze? Te zajęcia karate tłumaczysz troską o własne bezpieczeństwo, a i tak nosisz paralizator w swojej mini torebce, a wszędzie jeździsz taksówką, ponieważ boisz się nocnych. 

Łapiesz za ogon wiele srok, patrzysz w dłoń, a tam? Nic, byle nawet piórka. Natłok za to zadań powoduje, że zamiast robić wszystko dalej, przestajesz robić wszystko. Wielozadaniowość dzisiaj często stawiana jest na równi z pojęciem ,,rozmienianie się na drobne'' okazuje się bowiem, że zamiast skupić się na jednej, właściwej rzeczy robimy cały wachlarz niepotrzebnych. Spróbuj innej matematyki, znacznie prostszej wszak odejmowania uczyłeś się w klasie 1-3, a mnożenie i ułamki pojawiły się dopiero pod koniec podstawówki. Zatem zamiast mnożyć - odejmuj

Podziel też
Określ priorytety. Jestem pewna, że masz ich wiele. Jedne jednak są ważniejsze, inne mniej, a będzie także i taki utożsamiany z flagą zatwierdzoną na Mont Evereście - top Twoich celów, marzenie, święty Graal. Nie wywieraj zatem na sobie presji, która faktycznie, bywa motywująca, ale potrafi po pewnym czasie równie silnie przytłoczyć i odebrać chęć do działania. Dyscyplinujesz się uważając, że to skuteczna metoda. Na początku? Z pewnością, po pewnym czasie dyscyplina zamieni się na pasujący do niej rym - rutyna, a dalej obowiązek i czynność, którą wykonujesz z przymusu. Kto z was lubi być przymuszany? Pamiętacie te czasy kiedy mama próbowała Was nakłonić do zjedzenia tej przepysznej przecież przetartej, ugotowanej, papkowatej marcheweczki mówiąc: ,,otwórz buzię jedzie lokomotywa"? No właśnie, to jest równie przyjemne. 

Angażując się w jedno, nie stracisz czasu na to co niepotrzebne, za to całe serce włożysz w to, co przyniesie Ci najwięcej satysfakcji i sukces o którym tak marzysz. Nie rezygnuj jednak całkowicie też z tych mniej istotnych rzeczy - zachowaj odpowiedni balans. Aby czegoś dokonać potrzebujemy lawiny, niczym domino - przewracasz jedną rzecz, a za nimi idą kolejne. Zacznij więc od jednej, tej najważniejszej, pierwszej kostki, a pozostałe też pójdą w ruch. Boimy się, że skupiając się na jednej rzeczy, w innych sferach zapanuje chaos? Nigdy jednak nie jesteśmy w stanie zapanować nad wszystkim, musimy zatem przyjąć stan rzeczy takim jaki jest. Inna trudność to nauczenie się mówić ,,nie" asertywność bowiem to nieodłączny element angażowania się w to co naprawdę ważne, a odmawianiu tym o mniejszym znaczeniu. Zatroszcz się o siebie - by zarządzać skutecznie własną energią, trzeba ją przede wszystkim mieć. 

Nowy trend, aby skupić się na tym co najważniejsze to w dzisiejszych czasach coś nietypowego. Obecnie promuje się wyłącznie prężne działanie, stąd oferty w Internecie na kursy jodłowania, grania na dudach wyrastają niczym grzyby po deszczu. Jednak dla własnego zdrowia i za nim warto od czasu do czasu podążyć. Osiągajmy wiele, otwierajmy się na nowe doświadczenia jednak nie zatracajmy się w tym co nie jest tego warte, bo prawdziwy sukces w najlepszej dziedzinie przemknie nam obok nosa... z braku czasu, sił i chęci.  

Czy Wy także często wpadacie w pułapkę wielozadaniowości
Bierzecie na siebie zbyt wiele i w końcu... 
zapominacie o najważniejszym celu? :-)






Opowiem Wam teraz o moim związku idealnym, który z przekonaniem i w ciemno mogłabym uznać za ,,do grobowej deski". Moja druga połowa... ach, teraz się rozmarzę! Jako kobieta XXI wieku mam swoje oczekiwania, nie ma lekko! Jestem zatem pewna, co do jej wyglądu. Przede wszystkim musi być... gruba. Tak tak, w czasach dbania i proklamowania fit trybu życia może wydawać się Wam to dziwne jednak na swoje usprawiedliwienie powiem: hej, każdy ma swój gust! Poza tym nie musi być wcale wypieszczona i schludna. Wręcz przeciwnie bowiem życzyłabym sobie raczej, aby była brudna, nieco zaniedbana... Powiecie pewnie, że zwariowałam i zamiast modela z okładki pisma marzy mi się dzwonnik z Notre Dam? Otóż spokojnie, nie musicie się wcale martwić o mnie i moje poczucie estetyki. Moją drugą połową, do której najsilniejsze uczucia będę żywić już na zawsze i jest najwspanialszym kompanem trwającym przy mym boku jest.... książka. Dziś zatem chciałabym podzielić się z Wami tą pasją. Może przekonam do nich zwłaszcza Tych, którzy lekturę kojarzą wyłącznie ze znienawidzonymi tytułami z języka polskiego, które traktują jako największą karę za wszystkie występki młodości i woleliby już raczej trzyletni wyrok niż kolejną część ,,Dziadów". Jednak zamiast opowiadać o lekturach wartych przeczytania co możecie zrobić na każdym forum czy stronie internetowej dotyczącej tej tematyki przedstawię Wam te, które z pewnych ważnych lub tych mniej powodów wbiły się w mą głowę niczym refren piosenki z reklamy oleju, który puszczają w TV pomiędzy Twoimi ulubionymi programami, a które potem nucisz pod nosem jadąc tramwajem. 

Ewentualnie możesz robić za podkładkę pod kubek 
Zaczniemy nieprzyjemnie, aby potem poszło już z górki! Wyciągam więc z szafy mój baseballowy kij schowany na wypadek niechcianego gościa w kominiarce pragnącego przywłaszczyć sobie moją szkatułkę z cenną biżuterią. Phi, żaden złodziej nie ma szans, bez walki nie oddam moich świecidełek! Zaczynam więc od książki, której nie mogę przeczytać mimo największej miłości do tych prostokątnych skarbów. Teraz prawdopodobnie narażę się 3/4 ludzkości na świecie, ponieważ moją znienawidzoną książką jest... ,,Władca Pierścieni". Przepraszam, biję się w piersi, wszystkim fagom sagi upiekę (no dobra kupię...) ciasteczka w ramach przeprosin, iż muszę niestety skrytykować. Możliwe, że ta tematyka i klimat fantasy nie jest po prostu dla mnie - zdarza się. Jedni lubią sernik inni nie - dobra, serio... można go nie lubić? Niemniej po przeczytaniu kilkudziesięciu stron, których treść mogłabym sprowadzić do opisu: ,,A oni idą i idą, a las był tak piękny..." Mało dialogów, wielość opisów, które spowalniają akcje - to może się udać. Retroakcja jest ciekawym zabiegiem stylistycznym niemniej nie tego oczekiwałam. Zapewne dalej robi się ciekawiej - te opisy walki o złoty pierścionek - ha nie dziwię się, też bym opiłowała specjalnie paznokcie żeby wydrzeć takowy jednak przyznam szczerze: oczekiwałam więcej.

Mam warkocze i do biblioteki dzielnie kroczę 
Kiedy tylko zabrzmiał dzwonek na przerwę i wszyscy w szaleńczym biegu wybiegali z sali i ustawiali się w kolejce po paczkę ketchupowych chipsów w szkolnym sklepiku ja wybierałam drzwi, które co ciekawe były dokładnie naprzeciwko: szkolna biblioteka. Potem wychodziłam obładowana książkami w swoich maleńkich, kilkuletnich rączkach i pakowałam do tornistra z Myszką Mikki. To cud iż nie nabawiłam się skrzywienia kręgosłupa! Ulubiona szkolna lektura z lat młodzieńczych to niezaprzeczalnie jedna z pierwszych jakie czytałam w życiu. ,,O psie, który jeździł koleją".  Zapewne każdy zna tę książkę i losy dzielnego psa, od którego poznania tak naprawdę chyba zaczęła się moja miłość i szacunek do zwierząt jako istot, które potrafią być nie tylko śmiesznym pupilem, rozbawiającym kiedy goni własny ogon, ale i prawdziwym przyjacielem zasługującym na szacunek na równi z tym jaki kierujemy do drugiego człowieka. Pamiętam te łzy w oczach podczas zbliżania się do ostatnich stron, i słowa zakończenia, które absolutnie rozdarły moje ośmioletnie serce.

Ale... Mówiłeś coś do mnie?
Książka, która mówiąc potocznie: ,,wbiła mnie w fotel". Twórczość tego pana czytana jest zwykle przy zapalonych wszystkich światłach w domu co i tak nie zapobiegnie gęsiej skórce na rękach i nerwowemu zerkaniu czy czasem jakieś zło nie wychodzi właśnie z Twojej szafy. Pana Kinga, któremu  nazwisko pasuje jak ulał wszak uchodzi za mistrza swojego gatunku kocha się lub nienawidzi . Dla osoby takiej jak ja, która horrory ogląda wyłącznie ,,przez palce" czytając wcześniej opis filmu na filmwebie, aby po seansie nie palnąć gafy, że to tak naprawdę nie był film o facecie biegającym z siekierą, a o duchu zamordowanej dziewczynki o czym nie miałam pojęcia, bo film oglądałam z zamkniętymi oczami wydawałby się ,,nie do przebrnięcia". Niemniej miłego staruszka darzę sporym uczuciem. Choć osławione ,,Lśnienie" czy ,,Cmętarz dla zwierząt" są moimi ulubionymi, to nie groza, a brutalność pokazana w ,,Wielkim marszu'' sprawia, że to ona dostaje statuetkę w kategorii: ,,mów do do mnie, a ja myślami jestem tam razem z bohaterami przeżywając ich losy." Grono nastoletnich chłopców, którzy pokonują marsz od których zależy ich życie, zaczyna stu przeżyć może tylko jeden, czy to naprawdę może pozostawiać kogoś obojętnym? 

Trzy litry kawy i książka w dłoń
Tutaj właściwie mogłabym wymienić nie jedną książkę, a szczęśliwą siódemkę. Każdą bowiem z nich czytałam tak właśnie - z kubkiem kawy, no dobra co najmniej trzema czytając niemalże do czasu aż zobaczę napis wywołujący łzy w moich oczach: ,,THE END''. Choć może pierwsze cztery z nich czytałam raczej z kakao wszak byłam za mała na napój dla dorosłych. Mowa tu o książce, którą mogłabym z powodzeniem i bez zastanowienia nazwać książką mojego życia. O liście z tej szkoły marzyłam całe dzieciństwo jednak moja skrzynka pocztowa zawsze była wypełniona wyłącznie rachunkami za tak przyziemne rzeczy jak prąd i Internet bądź reklamami znanych supermarketów informujących, że filet z kurczaka przeceniony jest na 13 zł. Mowa tu oczywiście o Hogwarcie - szkole magii i czarodziejstwa i słynnym ,,Harrym Potterze". Och jak ja marzyłam, żeby jak jej uczniowie mieć różdżkę i paroma ruchami móc z niej wyczarować prawdziwe cuda! Pewnie w pierwszej kolejności wyczarowałabym sobie jakieś duże ciacho z polewą... Niestety dane było mi o tych czarach wyłącznie czytać, co nie znaczy wcale, że ciastka nie zajadałam choć zamiast z drewnianego patyka pochodził z cukierni pod domem. Książka ta nie tylko sprawiła, że spędziłam w ręku z nią najprzyjemniejsze wieczory mojego życia, ale i rozwinęła wyobraźnie i nauczyła, że przyjaźń i miłość w życiu jest najważniejsza. Przygody bohaterów poznawałam wodząc oczami po papierze godzinami - nie jedząc, nie pijąc, nie śpiąc za to obgryzając z niepokoju o ich losy paznokcie niemal do krwi. Powiem wam jednak: było warto zniszczyć sobie manicure! 

Proszę Cię zniknij...
Tym razem nie o książce, a o bohaterze. Zastanawiałam się, który spośród całej bodajże szestastocfrowej listy książek jakie przeczytałam spowodował, że raczej nie chciałabym wybrać się z nim na kawę, a raczej zesłałabym go na tułaczkę z plecakiem wyposażonym wyłącznie w paczkę zapałek i może jakiś względny namiot, niech zna moje dobre serce. Pierwsza myśl: pani Bella ze ,,Zmierzchu"! Już nawet imię świadczy o tym, że autorka nie miała pomysłu na charakter bohaterki. Mówię oczywiście o śmiertelniczce, która najprawdopodobniej ma skłonności samobójcze, ponieważ zamiast związać się z adorującym ją największym ciachem w szkole wybrała sobie tak dla przekory... wampira mogącego pozbawić jej całej krwi w jakieś trzydzieści sekund. No cóż, są gusta i guściki... Ktoś mógłby powiedzieć, że pewnie w związku z nietypowym wyborem charakteryzuje się odwagą, silnym charakterem i prawdziwa z niej ,,baba z jajami". Nic bardziej mylnego. Bella to osoba, która nie musi mieć nawet pokrytej lodem nawierzchni, wystarczy jej prosty chodnik, by złamać sobie nogę i to w trzech miejscach. W szpitalnym łóżku spędza czasu więcej niż swoim, a lekarza ma na szybkim wybieraniu. Do końca sagi nie może zdecydować pomiędzy przystojnym wampirem, a jeszcze przystojniejszym wilkołakiem co spędza jej sen z powiek... ma dwóch mężczyzn niczym bogowie greccy  i jeszcze narzeka! Jednak nie odbierzcie tego źle - całą sagę lubię, nawet bardzo. Na tłumaczenie ostatniej części nawet nie czekałam, przeczytałam ją w wersji angielskiej nie mogąc się doczekać. Główna bohaterka jednak często powodowała, że zamiast przejmować się jej losem, sama przybijałam piątkę tym, którzy nie chcieli raczej pogłaskać jej po główce chyba, że maczetą...

A Wy macie jakieś książki, 
które moglibyście zakwalifikować do wyżej wspomnianych kategorii? :-)
Macie może inne, 
które również wywarły na Was ogromne wrażenie z pewnych powodów?


 

,,I don't wanna go to school I just wanna break the rules!"
Cytat autentyk, niosący za sobą ambitny przekaz. Dziś nie śpiewamy już ,,kolorowych jarmarków blaszanych zegarków...", a raczej główną myślą przewodnią piosenek jest jak przepis na to jak mieć ,,fun". Tamże promuje się zabawę od świtu do nocy i życie od imprezy do imprezy. Teledysk pokazuje głównie rozemocjonowanych nastolatków wymachujących rękoma niczym przedstawiciele pierwszych plemion na świecie w rytm łubu dubu lecącego z głośników. Standardowa impreza w Stanach, nie to co nasze drętwe domówki przy chipsach i paluszkach. Piosenka mówi o łamaniu zasad i o nich właśnie dziś.

Każdy z nas na pytanie ankieterów zaczepiających na ulicy - ,,Czy uważa się pani za porządnego obywatela" odpowie w ułamku sekundy bez zastanowienia: ,,Oczywiście!"., a w konfesjonale po dwóch zaledwie zdaniach - ,,Więcej grzechów nie pamiętam". Niech jednak podniesie rękę ten kto nigdy nie pojechał autobusem na gapę przeżywając przy każdym przystanku mini zawał serca wyszukując wzrokiem potencjalnych kanarów wchodzących do pojazdu, którzy nie zlitują się na słowa: ,,Panie, ja biedny student i nie mam na mandat". Niechaj zgłosi się do mnie ten, kto nigdy nie ,,zapuścił żurawia" do kartki sąsiada na egzaminie starając się odczytać coś z jego mróweczek na papierze, bądź też nie ukrywał pod krótką spódnicą mini karteczek, które przygotowywał wiele godzin, które teoretycznie mógł przeznaczyć na naukę, a obecnie przyklejone są szczelnie do ciała taśmą klejącą niczym druga skóra. Odklejanie ich będzie cudowną, darmową depilacją, ałć...
Uważamy się za osoby porządne, uczciwe. Przecież nie kradniemy (chyba, że mleko z lodówki współlokatorce), nie dopuszczamy się przemocy (chyba, że nasz ukochany zbliży się za bardzo na imprezie do blond kociaka), nie jesteśmy wandalami (ten wyrzucony papierek na ulicę to przecież nic takiego). Każdy z nas dopuszcza się jednak niemal codziennie jakiegoś małego nagięcia reguł, które uznane są w społeczeństwie za pewną normę. Widząc takie zachowanie u innych myślisz na temat tej osoby, że źle wychowana, mówisz z oburzeniem co za charakter, współczujesz rodzicom! To jednak często nie to. Nie zawsze winą jest usposobienie, a... otoczenie, które je kształtuje.

Dlaczego zatem dopuszczamy się tych niewielkich oszustw i dajemy sobie na nie przyzwolenie?
Winą jest... Twoja inteligencja. 
Ha ha, pewnie wszyscy teraz odetchnęli z ulgą, to przecież idealna wymówka, to nie moja wina, że jestem inteligentny i przez to robię rzeczy, których nie powinienem. To jednak fakt. Naukowcy udowodnili, że najczęściej krętactw dopuszczają się osoby o wysokim IQ, które cechują się znacznie rozwiniętą kreatywnością. Dlaczego tak się dzieje? Otóż te osoby, łatwiej potrafią odkryć cały wachlarz powodów rozgrzeszających ich z danego, drobnego przestępstwa. Bez problemu przychodzą im do głowy kolejne wymówki czy powody dla których dopuszczają się rzeczy, za które raczej nie zostaliby pogłaskani po głowie.

Mam tę moc! 
Pokonywanie tego co moralnie niedozwolone i wyłamywanie się z ram systemu sprawia, że czujemy, że mamy władzę. Daje nam to poczucie mocy, że jesteśmy sprytniejsi, a przy tym bardziej seksowni. Podejmujemy ryzyko, które się nam opłaciło - ha, znowu się udało! Jestem panem tego świata, mogę wszystko. Jedna taka decyzja, pociąga za sobą lawinę kolejnych, chcemy więcej i więcej, skoro raz się udało, dlaczego miałoby się nie udać po raz kolejny? Może być to inspirujące do zdobycia upragnionego celu, ale po pewnym czasie... dać zbyt wiele pewności siebie, które może już osiągnąć niepokojący poziom i przeradza się w dążenie do osiągnięcia sukcesu za wszelką cenę, niezależnie od konsekwencji. Spróbuj podważyć ego mężczyzny, możesz otrzymać nagle całą lawinę kłamstw na temat jego osoby czy wykonywanej przez niego pracy, osiągnięć, coby obronić swój statut. Ja mężczyzna, pan i władca, a Ty kobieto puchu marny i nędzna istoto się nie odzywaj. 
Tak to najczęściej wygląda u Panów, a u Pań? Naginanie reguł najczęściej spowodowane jest walką z stereotypem ,,delikatnej kobiety" i zjawiskiem dyskryminacji. Kobieta też chce pokazać, że wcale z niej nie taka słaba płeć i... podwija rękawy swojej satynowej bluzeczki, aby pokazać, że i ona ma nie siłę komara, a prawdziwy mięsisty triceps i biceps.

Jesteś mi za pan brat 
Każdy facet ma swojego kumpla - zazwyczaj jest to jego ,,skrzydłowy" przy wyrywaniu dziewcząt w klubach, a kobieta swoją ,,psiapsiółkę" od serca, której godzinami opowiada o tym, że jej ukochany wysłał jej zaledwie sześćdziesiąt trzy smsy, że ją kocha, to pewnie tak naprawdę ma inną na boku. Poza tymi najbliższymi ludźmi każdy z nas przynależy do jakiejś społecznej grupy. Nauczyciele, studenci, młodzież, miłośnicy grzybów. Z grupą tą łączą nas specyficzne więzi i relacje i poczucie wzajemnej wspólnoty. Nie bez powodu istnieje przysłowie ,,z kim przystajesz takim się stajesz" czy o podobnej tematyce ,,wchodząc między wrony musisz krakać tak jak one". Będąc w pewnym kręgu staramy się do niego przynależeć stąd często zmieniamy nasze zachowania, aby przystawać do pewnych wyznawanych w nich norm. Nie zawsze jednak są one moralne bądź słuszne i tutaj pojawia się kolejny powód naginania naszych czy ogólnie szanowanych reguł. Brzydzisz się papierosami? Wszyscy znajomi jednak wychodząc na przerwę za górkę ,,na dymka", a Ty przecież nie będziesz sam stał pod klasą, jak ostatni kujon. Współlokator ściąga nielegalnie muzykę z Internetu? Nie chcesz wyjść przy nim na ofiarę i po nocach też spowalniasz Internet w całym bloku z powodu setek piosenek zapisywanych na dysku. W pracy kolega z biurka obok otrzymuje projekt z powodu niedającej się już zakleić z powodu wielości papierowych banknotów koperty? Nie chcesz być przecież gorszy i osiągnąć złe wyniki dla firmy - sam kupujesz kopertę i wymieniasz bilon na banknoty, ponieważ przecież wstyd, aby łapówka brzęczała przy jej wręczaniu. Czujemy się rozgrzeszeni, ponieważ to inni łamią reguły, a wy tylko im w tym wtórujecie dla wspólnego i słusznego w waszym mniemaniu celu. Poza tym nie możesz zawieść swojego ,,oddanego druha". 

Bo mi też się coś od życia należy 
Kolega dostał awans na który ciężko pracowałeś, ponieważ zaprosił szefa na partyjkę golfa lub sprzedał futra żony, aby kupić mu butelkę dobrej whisky (biedak, nie wie co go czeka w domu...). Efekt? Przy kolejnej okazji awansu zamiast zostawać po godzinach sam... udasz się do monopolowego po stosowną butelkę. Uważasz bowiem, że skoro inni łamią reguły i osiągają z tego profity, to dlaczego Ty masz nie stosować mniej moralnych zagrywek dla osiągnięcia korzyści. Osoby takie nie widzą w tym problemu, wszak to tylko wyrównywanie szans. Każdemu po równo nieważne jakim kosztem i jaką drogą ma to zostać osiągnięte. Wszystko wydaje się być zachowane w przyrodzie tak jak być powinno - w równowadze. Czy nie brzmi to sprawiedliwie? 

Groźnie robi się wtedy kiedy drobne grzeszki, które początkowo wywoływały wypieki na twarzy z czasem stają się już normą i wchodzą w nawyk. Łatwe zdobywanie korzyści kusi i powoduje, że skoro nie musimy się wcale wysilać, to idziemy na skróty. Co więcej to przecież takie niewinne, mówimy, że to tylko ten jeden raz. Potem kolejny, kolejny i staje się to normą. 
Co wtedy zrobić?
Sposobem na porzucenie tej metody jest wyobrażenie negatywnych konsekwencji przyłapania na gorącym uczynku. Wyobraźmy sobie wstyd jaki odczuwamy, czy też zdanie jakie wyrobią sobie osoby obserwujące nasze nie do końca słuszne działanie. Warto też przypomnieć sobie wszystkie małe grzeszki, które skumulują się na ogromną lawinę, której rozmiary mogą już wywołać ogromne wyrzuty sumienia. Chcemy widzieć siebie jako ludzi porządnych, zatem zamiast mówić: ,,nie kłam" powiedz ,,nie bądź kłamcą". Wtedy gdy zobaczymy siebie w gorszym świetle, odechce nam się wcielania się w postać Pinokia. Nie przyjmuj z góry jednego, typowego rozwiązania, zastanów się również co mógłbyś zrobić, możliwość wyboru powoduje, że zaczynasz rozważać różne opcje, a w konsekwencji wybrać te lepszą. Nie używaj swojego potencjału do kombinowania jak złamać zasady, ale właśnie do znalezienia dla niej alternatywy. 

Umoralniać jednak nie zamierzam, nie mogę być hipokrytką, chociaż sama przez cały okres studiów ściągałam wyłącznie raz, nie umiem tego robić :D. W obecnych czasach widzę jednak, że zdolności i ciężka praca często przegrywa ze świadomym, sprytnym działaniem. Trzeba mieć twardy... no wiecie. Dlatego nie wyciągajcie pasy i pejczy - przyznaje bez bicia też łamię zasady! Warto jednak zachować odpowiednią równowagę, droga na skróty choć krótsza często mniej satysfakcjonująca, a dążenie po trupach do celu zamyka nas na wiele istotniejszych spraw i może wyciszyć skutecznie nasze człowieczeństwo. Mózg też mamy swój własny, osobisty (i oczywiście duży!), nie musimy zatem dzielić go ,,na spółę" i myśleć jak reszta. 

Jak zawsze na koniec przemagluję Was pytaniami: 
Grzeczne z Was aniołki, czy czasem pokazują Wam się różki na głowie?
Zawsze działacie w zgodzie z ustalonymi regułami czy czasem... 
zdarza Wam się je naginać dla osiągnięcia korzyści?
Tylko szczerze! Nie pójdę naskarżyć rodzicom. 
Jeżeli tak to jak usprawiedliwiacie swoje działanie? ;-)




Zwykło się mawiać, że spotykając miłość swojego życia, to tak jakby znaleźć drugą połówkę tego samego jabłka, bądź skarpetkę do pary - gorzej jak jest dziurawa. Podobno też taka osoba zawsze gdzieś jest, ta nasza, upragniona, wymarzona, czy wręcz przeznaczona, wystarczy tylko ją odszukać. Proste zadanie znaleźć tą jedną wśród ośmiu miliardów innych ludzi, bułka z masłem, chyba zdążę wykonać to zadanie jeszcze przed wieczornym serialem. Wielu autorów książek dzięki tej teorii dorobiło się całkiem niezłych sum na swoich romantycznych obyczajówkach głównie dzięki wypchanym portfelom rodziców trzynastolatek. 
Czy możliwe jest, że faktycznie ktoś jest nam... pisany i można spotkać tylko jedną prawdziwą miłość przez całe życie? Co natomiast jeżeli po latach okaże się, że to nie to? Czy możemy sobie uznać, że to jednak nie był ,,ten" i rozpoczynamy dalsze poszukiwania niczym panowie wyposażeni w wykrywacze metalu szukający zagubionych kosztowności bogatych, zagranicznych turystów na piaskach plaż? Czy może skazani jesteśmy na wieczną samotność wszak nasza druga połówka jabłka zgniła i nawet nie nadaje się na kompot?

Z jednej strony, przyznajmy szczerze: Czy nie brzmi to wspaniale? Spotykamy jednego człowieka, z którym pragniemy spędzić całe życie nieważne, że zostawia brudną bieliznę na podłodze, nieważne że nie wyrzuca zużytych torebek po herbacie. Z drugiej są i tacy, którzy lubią próbować nie tylko smaków różnych kuchni i w modnej restauracji w Chinach zamawiają pasztet z nietoperza, ale i decydują się na związki z wieloma osobami, by dowiedzieć się kogo tak naprawdę potrzebują i z kim czują się dobrze. Oczywiście nie jednocześnie, choć bywa i tak... ;-)
Lubią doświadczać, chcą czerpać z życia wielkimi garściami także w kwestii relacji damsko-męskich i ciężko im zaakceptować stabilizację kojarzoną z nudą i rutyną. Choć szczególnymi miłośnikami zwierząt nie są i raczej nie mają w domu pupilka Puszka z miękkim futerkiem, to jednak życie już wybierają ,,na kocią łapę". 
Tutaj jednak może pojawić się problem wiecznego poszukiwacza i rezygnowania z tego co dobre z myślą, że może trafi się ktoś lepszy, bardziej wartościowy. Prawdziwy książę tylko zamiast białego rumaka, w białym Porshe. Po latach okazuje się, że zbliżają się do emerytury, a w rozliczeniu podatkowym nadal wpisują: panna/kawaler.

Możemy więc rozgraniczyć ludzi i ich podejście do związków co najmniej na dwa typy. Na tych co uważają, że jak związek to po sam grób i drugich, którzy kierują się zasadą, że nie ma co się ograniczać do jednej osoby przez całe życie.
Tych ostatnich ciężko dojrzeć na ślubnym kobiercu, którego boją się niczym diabeł święconej wody, więc wstrzymaj się z zakupem nowej sukienki na okazje ich wesela, bo zaproszenie dostaniesz kiedy już nie będzie Ci przystało pokazywać nóg w spódniczkach mini.Zwykle usprawiedliwiają swoje działanie faktem, że życie zbyt krótkie, a kobiet/mężczyzn nazbyt wiele, aby ograniczać się wyłącznie do jednego partnera.

Osoby należące do pierwszej kategorii znacznie ciężej przeżywają ewentualne rozstania uważając, że straciły swoją szansę na swoją big love i nie czeka ich już nic dobrego.
Drudzy natomiast kwitują wszystko machnięciem ręki i popularnym dziś przysłowiem: ,,Tego kwiatu jest pół światu".

Teraz pojawia się pytanie: Którzy mają rację?
Czy w ogóle można powiedzieć, że jest tylko jeden: Wzór na udany związek? 

Choć chciałabym zamknąć oczy i ślepo wierzyć w piękne zapewnienia o jednej, wielkiej miłości zapisanej na sklepieniu nieba, nie potrafię wyłączyć mózgu podpowiadającego mi, że związek to wypadkowa wielu czynników. Wszystko sprowadza się do codzienności, która tak bardzo zróżnicowana nie da się uprościć do ciągu literek i cyferek stanowiącego jeden wzór jak i wziąć pewnych spraw za pewnik. 

Do jakiej grupy Wy należycie? 
Uważacie, że związek to na zawsze i na świecie faktycznie jest tylko ten jeden jedyny
Może jednak jak nie ten... to kolejny, wszak kochać można nie tylko raz





Naukowcy udowadniają, że choć miłość wiąże się ze sferą emocji i uczuć, to jednak nie serce jest odpowiedzialne za wybór partnera. Nie, nie, dlatego też nie możesz całej winy zwalić na ten właśnie narząd, a ewentualne błędy co do wyboru osoby, która okazała się nieodpowiednia musisz przekierować na inny. Poeci doby romantyzmu zawsze mówili o ogromie siły serca, a gdzie im tam było wspomnieć choćby o innych częściach ludzkiego ciała jak noga czy ręka czy wątroba. Z nieszczęśliwej miłości sztylet wbijało się właśnie w serce, aby zabić dręczące uczucie zakochania. To jednak nie ono choć brzmi to pięknie i równie tak wygląda, bo kto nie lubi tych wszystkich baloników, obrazków w serduszka choćby na Walentynki odpowiedzialne jest za nasze wybory. Tutaj winę ponosi... mózg. Brzmi to mało romantycznie, prawda? Wyobrażacie sobie powiedzieć partnerowi: ,,Kochanie ofiarowuje Ci całe moje serce... a nie, mój... mózg!" To jednak właśnie on jest powodem, że temu właśnie przystojniakowi siedzącemu przy barze ofiarowujemy nasz numer telefonu wypisany szminką w kolorze wina na barowej serwetce.

No dobrze, wiemy już kto jest sprawcą zamieszania, ale czym on się kieruje? Przecież na świecie 8 miliardów ludzi, z tego mężczyzn niemalże połowa i weź tu znajdź księcia z bajki. Możesz próbować i otworzyć książkę telefoniczną na chybił trafił i wybierać przypadkowe numery. Przecież przeznaczenie musi zadziałać i na pewno otworzysz ją właśnie na tej stronie gdzie jest TEN JEDYNY. Powodzenia życzę... Zwłaszcza w późniejszym spłacaniu rachunku za komórkę.

Czasem wyborów dokonujemy racjonalnie. Ten wydaje się być inteligentny, ma dobrą pracę, kocha dzieci, macie wspólne tematy. W innym przypadku kieruje nami pociąg do drugiej osoby i tutaj pomija się obszar myślenia, a decyduje jego atrakcyjność - ten jest fajny, ponieważ ma szerokie barki i nie bojler na brzuchu, choć może szkoda zwłaszcza, że zbliża się jesień, a sześciopak i do tego błękitne oczy w których można utonąć więc lepiej zakup sobie kapok. Zamiast mózgu odpala się drugi obszar - intuicja. Ha, sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, bo... czego tu słuchać, kto jest lepszym doradcą?

Przyznajmy to sobie szczerze, że z przyczyn racjonalnych to właśnie kierowanie się metodą rozumową wydaje się trafniejsze, co jednak kiedy do głosu dochodzi właśnie intuicja i fakt, że osoba nam się najzwyczajniej na świecie - podoba. Wtedy często ewentualne wady są dla nas niedostrzegalne, brak tych samych zainteresowań czy fakt, że przy romantycznej kolacji przez trzy godziny gadacie wyłącznie o tym, że ,,ech, znowu pada, co za pogoda...'', bo ciężko jest Wam wymyślić inny temat, a rozmowa się po prostu nie klei. Atrakcyjność jednak zwycięża i fakt, że przy stoliku cisza iż słychać tylko bzyczenie denerwującej muchy, (którą potem znając Twoje szczęście z pewnością wyłowisz łyżką z zupy - taki bonus) Wam nie przeszkadza, przynajmniej jest na czym zawiesić oko.
Na chwilę rozwiązanie wydaje się idealne, jednak czy i równie skuteczne okaże się na dłuższą metę? Wspaniały wygląd partnera i fakt, że będzie niemalże jak Twój lśniący i wypielęgnowany puchar na półce za zawody w szydełkowaniu na czas przed znajomymi zdecydowanie dodaje skrzydeł. Jego atrakcyjność wpływa na Twoją własną, a zachwyty koleżanek i kolegów nad jego urodą dodają Ci pięć centymetrów wzrostu, a... odejmują dziesięć w talii. Każdy z zazdrością łypie na niego okiem, a on wybrał CIEBIE. Musisz zatem być wyjątkowy, prawda?

Inni natomiast przy wyborze potencjalnej osoby, z którą mają spędzić życie kierowali się głównie tym, aby czuć się z nią dobrze i mieć możliwość faktycznie przeżywać to życie razem. Poza tym to wspaniały kandydat na męża i ojca oraz po prostu przyjaciela. Fakt, żaden z niego Adonis, co najwyżej jego najlepszy mniej urodziwy przyjaciel, a z niej Afrodyta wyłaniająca się z morskich fal jak z taniej reklamy perfum. Za to można do niego wypowiedzieć sensowne zdanie na które otrzyma się równie ciekawą odpowiedź.

Dla mnie? Wygląd jak najbardziej ma znaczenie. Jeżeli ktoś zarzuci mi próżność niech podniesie rękę osoba, która szuka partnera z zamkniętymi oczami! Jednak fakt, że muszę trzepotać językiem aż zaschnie mi w gardle, aby prowadzić dialog za nas oboje skreśla  kandydata z mojej zawierającej trzycyfrowy zbiór nazwisk z listy: ,,potencjalny książę z bajki" (na której pierwsze miejsce zawsze i tak będzie miał Ian Somerhalder czy inny Justin Timberlake. Ach Ci mężczyźni z ,,trzydniowym" zarostem... ;-)).

Ciekawa jestem na co Wy zwracacie uwagę przy poznawaniu drugiej osoby
Wystarczy Wam sama atrakcyjność, czy też...
skupiacie się na jego charakterze i racjonalnie dokonujecie wyboru, 
aby była to osoba z którą możecie wieść wspólne życie abstrahując od jego wyglądu?






Zamiast okularów przeciwsłonecznych bez których nie ruszałeś się z domu, biegasz po mieszkaniu w poszukiwaniu parasola. Wasze rozstanie na tych parę ciepłych miesięcy przyjąłeś ze zdumiewającym spokojem, obyło się bez łez, nieprzespanych nocy i palenia wspólnych zdjęć w kominku. Teraz natomiast przepraszająco otrzepujesz z niego kurz i wrzucasz do torby wszak będzie Ci towarzyszył przez wiele kolejnych tygodni. Ptaki choć mają mniejsze móżdżki od rasy homo sapiens nie są jednak takie niemądre co udowadniają odlatując do ciepłych krajów. Najchętniej sam zrobiłbyś to samo tyle, że przy użyci skrzydeł nowoczesnego Boeinga i zniżki na bilety last minute American Airlines. Ty jednak musisz wystawić się na chłody jesiennego poranka kiedy to po przekroczeniu pierwszego kroku z Twojej wypielęgnowanej fryzury i włosów opadających lekką kaskadą na łopatki robi się skręt a'la pudel, a w ukochanych balerinkach robi się prawdziwe jezioro. Najpraktyczniej byłoby założyć kalosze, jednak nijak będą pasować do sukienki w groszki. Przez chodnik robisz więc slalom w przemoczonych butach, starając się ominąć te większe kałuże. Do ciężkiej już i tak torebki (wszak masz tam całą kosmetyczkę, ładowarkę i śrubokręt tak na wszelki wypadek) natomiast dochodzi kolejne pół kilo pochodzące z miniaturowej, podróżnej prostownicy do włosów. Najwyżej klientom wciśnie się kawę i ciastka, aby zająć ich na te  dodatkowe trzydzieści minut, kiedy Ty doprowadzisz się do stanu użyteczności w łazience, a pani profesor wyrozumiale poczeka z przeprowadzeniem kolokwium.

Jednym słowem machamy rączką mówiąc: Pa lato! Natomiast kiwamy głową na przywitanie jesieni. Większość z nas najchętniej zamknęłaby jej drzwi przed nosem jednak na nic się to zda. Jest jak sąsiad, który wpada oddać Ci przyniesiony przez pomyłkę do niego list adresowany do Ciebie w momencie kiedy Ty właśnie wyjąłeś z piekarnika świeżo upieczone cynamonowe ciasteczka. Zawsze na czas. Choć Polska jesień najczęściej określana mianem ,,złota" to jednak nijak się ma do rzeczywistości. Często bowiem złote odcienie przybierają kolory szarości, a ciemne chmury nad naszymi głowami pojawiają się nie tylko dosłownie, ale i w przenośni powodując chandrę i błaganie: ,,chcę zapaść w sen zimowy i obudzić się dopiero na wiosnę". 
Jesień jednak nawet tą najbardziej szarą, deszczową i zimną można jednak polubić jeżeli tylko znajdziemy na nią skuteczny sposób! 

#1
Uzależnienie życia, ale jakie przecież nieszkodliwe
Czekolada
To jest sposób skuteczny właściwie na wszystkie dolegliwości świata. Jestem pewna, że paroma kostkami dobrej czekolady jesteś w stanie pokonać nie tylko zły nastrój, ale i wyleczyć nawet złamaną nogę. Zobaczycie sami, kiedyś przeprowadzę stosowne ku temu badania, myślę, że grupy chętnej do przeprowadzenia eksperymentu nie będę musiała długo szukać!

#2 
I inne poprawiacze humoru... 
Każdy takie ma. Jedni zupełnie standardowo słuchają radosnej i skocznej muzyki, w której przez cztery minuty piosenki głównie w tekście pojawia się ,,na na na", a w kolejnym refrenie śpiewa ,,pam pam pam" dla urozmaicenia i sprawienia aby utwór był bardziej głęboki.  Często też jest to muzyka puszczana na Dniach Mrzeżyna, grana przez lokalny zespół, przy którym przyznaj się, że bawisz się najlepiej, a inni z kolei słuchają dla pocieszenia o dziwo rzewnych kawałków Celine Dion. 

#3
Stwórz sobie klimacik i wrzuć na luz! 
Jesień ma to do siebie, że ma swój własny, niepowtarzalny nastrój. Niektórzy go kochają, inni szczerze nienawidzą. Ci drudzy preferują słońce, szalone i niezapomniane wypady na łono natury - ach to piwko w pareczku, gwar na ulicach kiedy obijasz się o zagranicznych turystów ze swoimi wielkimi lustrzankami, którymi fotografują każdy byle śmietnik na pamiątkę wczasów w tak egzotycznym dla nich kraju jak Polska, czy promienie słońca na twarzy powodujące wysyp małych piegów na policzkach, których nie zakryje nawet podkład z MAC. Jednak fakt, że na dworze po godzinie 18 zapalają się już latarnie, a o szyby stukają krople deszczu stanowią niesamowity klimat do tego, aby zakopać się w ciepłej pościeli z ogromnym kubkiem gorącej herbaty z domowym malinowym sokiem i ulubioną książką. Przygaś światło, zapal świeczki oraz aromatyczny wosk o zapachu pomarańczy z goździkami i ciesz się spokojnym wieczorem. Potem zaparz gorącą kąpiel, oczywiście z pianą i bąbelkami i spędź godzinę w wannie do momentu kiedy będziesz wyglądać jak suszona śliwka. W wersji na bogato możesz przygotować sobie szampana i truskawki i masz prawdziwe SPA za mniej niż 20 złotych. Dodatkowo wrzuć zdjęcie na IG z hastagami #relaksik #chilloucik, a tych co siedzą do 23 w pracy niech trafi szlag. Tak, piszę o sobie kiedy z mojego telefonu na biurku co chwilę dochodzi głośne ,,PIIIIK PIIIK DZYŃ DYŃ" gdy dostaję od Was takie zdjęcia, dzięki! :D 
#4
Albo... weź się do roboty!
Może być jednak tak iż naprawdę nawet kombinezon, który stworzony został z myślą o wyprawach na biegun północny nie jest w stanie ochronić przed temperaturą. Wtedy nie ma co wychodzić z bezpiecznej strefy mieszkania i narażać na spędzenie kolejnych dwóch tygodni zakopanym po same uszy w powodzi higienicznych chusteczek i koniecznością wypijania magicznej mikstury babci składającej się z samych pyszności takich jak: cebula, czosnek i na osłodę życia miód. Skoro już zmuszony jesteś spędzać czas w murach domu wykorzystaj ten czas i zrób to na co nigdy ,,nie miałeś czasu". Oczywiście go miałeś, ale nagle znajdowało się tysiące ważniejszych czynności do zrobienia jak na przykład zebranie jajek od kur i wyprodukowanie sera z zebranego mleka w grze ,,wiejskie życie". Może to dobry czas na zrobienie porządku w szafie z ubraniami której ilość przypomina połowę zaopatrzenia największej galerii handlowej w Twoim mieście, a aby wyszukać ulubionej bluzki przydał by Ci się ciężki sprzęt zapożyczony z pobliskiej budowy jak koparka czy mały dźwig. Papiery na Twoim biurku pewnie też wywołują już u synoptyków włączenie się alarmów sygnalizujących zagrożenie lawinowe. Lakiery do paznokci i inne mazidła pewnie utraciły ważność w sierpniu w 2004 roku, ale nadal nie masz serca się z nimi rozstać i wyrzucić bestialsko do kosza. 

#5
Walcz z syndromem ,,nieruszamsięzkanapy"
Kiedy przed liczbą wyrażającą stopień temperatury znak plus zmienia się na minus ostatnie o czym marzymy to opuszczenie murów mieszkania. Jak to mówią: zimno, cimno i do domu daleko... Wolimy ubrać stary, rozwleczony sweter, który ma więcej dziur niż Twój ulubiony ser Edamski z Biedronki i dodatkowo okręcić się kocem tworząc coś na kształt człowieka-rollo-kebaba. W takim eleganckim wydaniu w sam raz na przyjęcie gości marzymy, aby spędzić najlepiej całe te długie trzy miesiące w pozycji leżącej nie wyściubiając nosa z ciepłego pokoju. Chłód za oknem nie powinien być jednak wymówką do porzucenia wszelkiej aktywności fizycznej na te zimowe miesiące. Gdy brak Ci energii najlepszą metodą jest bowiem... ruszanie się! Uwolnijmy uśpione w nas endrofinki i pozwólmy im zadziałać skuteczniej niż czarna kawa... nie, dobra przepraszam Cię moja drogocenna, czarna miłości, Tyś jest najlepsza! Walcz więc aktywnie przez duże A. Biegać można nawet i po błocie choć lepiej wtedy nie ubieraj swoich nowych, oślepiających nieskazitelną bielą adidasów za czterysta złotych ze specjalnymi podkładkami w podeszwie mającymi zrobić cuda z Twoimi pośladkami bez ćwiczeń!

#6
Ostatnie, ale często najbardziej skuteczne
Oczywista oczywistość. Nie musisz przecież z aurą walczyć w pojedynkę, mała armia będzie skuteczniejsza! Wyślij do znajomych Snapa z michą chipsów i starymi typowo babskimi komediami romantycznymi na DVD z Jennifer Aniston czy inną Cameron Diaz w roli głównej, a wszystkie przyjaciółki stawią się w Twoich drzwiach szybciej niż zdążysz sięgnąć po kieliszki do wina. Plotek, ploteczek, plotuń, uginających się stołów od dobrego jedzenia, głównie zawierającego krystaliczny cukier, po którym nabierasz energii niczym króliczek ze znanej reklamy baterii Duracell i typowo odmóżdżającej rozrywki nigdy nie zaszkodzi. ;-)

Polska jesień określana mianem złotej...
często jednak przybiera szaro-bure kolory. :-) 
Jakie są Wasze metody na walkę z depresyjnym nastrojem tej... 
,,problematycznej" pory roku? :-)