Twoi podwładni słysząc stukot obcasów w biurowym korytarzu powinni zrywać się z miejsc by sypać Ci pod stopy płatki róż. Na korytarzach zamiast tandetnych widoków morza w ramkach powinno widnieć Twoje zdjęcie. Właściwie to mogłyby być nim wytapetowany cały budynek. Tyle przecież robisz dla Tej firmy, to przecież wyłącznie dzięki Tobie ta firma jest na drugim miejscu w kraju, co powtarzasz w co drugim zdaniu podczas spotkań ze znajomymi nawet kiedy pytają Cię co chcesz zamówić do picia. Tak tak, możesz pochwalić się, że wasze fit eko bezglutenowe płatki za jedyne trzydzieści dwa złote za pudełko wzbogacone o 81 minerałów i 165 witamin wyparły kanapki z serem i ketchupem na śniadanie w domach 90% Polaków co pokazują oczywiście stosowne badania. Jednym słowem jesteś kobietą sukcesu, właściwą osobą na właściwym miejscu co szef powtarza na każdym spotkaniu. W firmie pojawia się ona. Trafia pod Twoje skrzydła do pomocy jako asystentka. Mała, nieśmiała, ledwo po studiach, ech, śnieżynka, nic nie wie o tym biznesie, ale spokojnie, Ty ją wprowadzisz. Każdego dnia wpatrzona w Ciebie niczym nastolatka w Bradleya Coopera w nowej komedii romantycznej zapisuje każde Twoje słowo, a Ty siedząc za biurkiem jesteś dla niej niczym Zeus siedzący na szczycie Olimpu. Pozwalasz jej zrobić projekt, który ma przedstawić na kolejnym spotkaniu zarządu już zacierając ręce ile będzie śmiechu kiedy to niepozorne dziewczę stanie przed tymi rekinami i pewnie ze stresu zapomni jak się nazywa. Na szczęście Ty będziesz tuż obok i po raz kolejny pokażesz swoje doświadczenie i profesjonalizm. Ach, po raz kolejny udowodnisz jesteś taka wspaniała ratując ją opresji.
Przychodzi spotkanie - szok. Mała się spisała. Co więcej zakończyła prezentacje oklaskami na stojąco. Przez kolejny miesiąc wszyscy mówili tylko o tym, a szef zachwycał się, że rośnie im nowa gwiazda. Nikt już nie pamięta o Twoich ostatnich sukcesach, na ustach wszystkich jest - ona.
Nagle tracisz grunt pod nogami, dochodzi do głosu uczucie, którego do tej pory nie znałaś - strach o swoją pozycję, na którą pracowałaś latami. Strach pociąga za sobą działanie - nie zlecasz już nowej projektów, a parzenie kawy i kserowanie sterty dokumentów, które później z braku już pomysłów czym ją zarzucić karzesz zutylizować w niszczarce do papieru. Po pewnym czasie na biurku masz wypowiedzenie, a ona przechodzi do innej firmy i zamiast asystentką i pomocą w Twoim przedsiębiorstwie staje się... konkurentką u waszego największego rywala.
Efekt finalny?
Straciłaś.
Dobrego pracownika i możliwość współpracy z osobą, z którą mogłaś dalej budować losy i wzmacniać pozycję na rynku, a zyskałaś rywalkę. Teraz zamiast razem pić piernikową latte w modnej kawiarni, będziecie starały się dosypywać sobie do kawy cyjanku kiedy druga nie patrzy. Zamiast wspólnego kupowania dwusetnej, ale oczywiście potrzebnej nowej pary szpilek, podpiłowywanie sobie obcasów, by ta druga runęła ze schodów jak długa na firmowym bankiecie. Straciłaś także dużo więcej... szacunek do siebie samej.
Za to też zyskałaś! Ale tylko poczucie niepokoju, stres i frustracje.
Przecież jeszcze niedawno wykrzykiwałyśmy wspólnie: kobieca solidarność, girl's power! W obecnych czasach ukierunkowanych na przedsiębiorczość, sukces, dążenie po trupach do celu i wszechobecną konkurencje pojawia się nowe: kobieta kobiecie wilkiem.
Zapominamy o wzajemnym wspieraniu na rzecz osiągania wyłącznie własnych profitów. Kto zajechał Ci drogę samochodem? Baba! Do tego pewnie blondynka z tipsami śpiesząca się na solarium, bo jeszcze jej łóżko ostygnie! Dodatkowo pewnie właśnie ona będzie wieczorem oczywiście według Ciebie z premedytacją tańczyć blisko Twego męża, aby a nuż skusić go w swojej skórzanej mini. Nieważne, że obrączka na jego palcu oślepia tak, że trzeba nosić przeciwsłoneczne okulary, ona na pewno ma już plan w głowie jak odebrać Ci Twoje ciasteczko.
Boimy się być gorsze, boimy się tej konkurencji, boimy się rywalizacji, która może przynieść przegraną. Zapominamy o jednym i najważniejszym. Wyłącznie zdrowa rywalizacja ma szansę przynieść rozwój. Nasza niepewność i brak wiary w siebie potrafi zburzyć jakiekolwiek fundamenty przyjaźni, za to spowoduje zostawianie za sobą trupów.
Masz dwa wyjścia:
Raz - walczyć zawsze, z każdym na Twojej drodze, (a wierz mi, młodsza nie będziesz, a potencjalnych rywali będzie coraz więcej) dostępną możliwą bronią nieważne czy to pałka czy tłuczek do mięsa. W Twojej szafie nie zmieści się już nowa sukienka za której równowartość można by oświetlać całe miasto przez miesiąc, ponieważ wypełniona będzie tym co pozostało z Twoich przeciwniczek. Ty natomiast będziesz siedziała wygodnie na samym szczycie - sfrustrowana i wypruta z energii. Dodatkowo możesz się rozłożyć na tej kanapie jak Ci wygodnie, nawet nonszalancko z nogami na oparciu, nie musisz jej przecież z nikim dzielić - jesteś tylko Ty. Sama.
Możesz też pogodzić się z tym, że nie zawsze będziesz najlepsza. Nie będziesz. Za to skuteczniejsi od Ciebie mogą pomóc Ci rozkwitnąć. Czerpanie z wiedzy innych i ich zdolności nie tylko może nauczyć czegoś nowego, ale i zmotywuje do pracy i też rywalizacji, ale tym razem zdrowej. Zamiast toksycznych relacji zatruwających Twoje życie, osiągniesz receptę na to jak być coraz lepszą. Może Twojej produkcji zupa z puszki nie będzie nazywała się wyłącznie ,,Przysmak Kowalskiej" ale ,,Nowicka's i Kowalska's Soup" też mi fajnie, prawda?
Czy Wy również widzicie w swoim otoczeniu
niezdrową konkurencję i coraz częstsze postrzeganie innych kobiet wyłącznie jako...
potencjalne rywalki?
Zgadzacie się z popularnym ostatnio zjawiskiem:
kobieta kobiecie raczej wrogiem niż przyjacielem? ;-)







