Latest Posts



Kwiecień. Idziesz ulicą w nowym, płaszczyku w pudrowym odcieniu, na nosie okulary przeciwsłoneczne zasłaniające pół twarzy niczym u prawdziwej celebrytki smaganej promieniami słońca. W tak radosnym nastroju spowodowanym wysoką temperaturą wchodzisz do supermarketu. Po zapłaceniu niebotycznie wysokiej prawie trzycyfrowej sumy za sałatę, jogurt i dwa pomidory mina nieco Ci rzednie, ale to nic to nic tylko ruchome drzwi dzielą Cię od zieleni cieszącej oko i światła słońca niewidzianego od wieków. Wychodzisz i minę masz tę samą co po usłyszeniu  zdania: ,,Wyciągamy karteczki" w szkole. Szaro, buro, a z nieba spada grad wielkości golfowych piłek. Ach ten kwiecień. Już nie idziesz spacerem, a biegniesz sprintem do domu jakby na mecie czekało w nagrodę ciastko z polewą i kremem. Twój płaszczyk (grubości wiosennej bluzeczki) może i reklamowany przez żonę najbogatszego biznesmena w Polsce, która dziwnym zrządzeniem losu zaraz po ślubie okazała się wybitną stylistką, ale nie uchroni przed atakiem kulek. Jako, że wracasz ze sklepu, jesteś uzbrojony niczym pluton egzekucyjny. Standardowy zestaw do przetrwania numer jeden: kawa i ciasteczka odhaczony, okna i drzwi zabarykadowane, pluszowy koc i niezliczona liczba puchowych poduszek (przydadzą się w razie czego w razie włamu na nieprzyjaciela) na łóżku woła. Aby zatem uniknąć losu szwajcarskiego sera i jego dziur, próbujsz przetrwać atak i oddajesz się temu co lubisz przecież najbardziej... 

Książka
Sexappeal to nasza broń kobieca... tej wyjątkowej dziewczyny broń stanowią topory skrzyżowane na plecach i sztylety ukryte w butach. Choć mieszka w zamku żadna z niej księżniczka choć przez swoje atuty niejedna dama dworu rzuca jej z zazdrości wściekłe spojrzenia zza wachlarzy, którymi zasłaniają swoje białolice twarze przed słońcem. Zamiast układanej przez wiele godzin fryzury, ściśnięty ciasno warkocz, aby włosy nie przeszkadzały podczas walk. Nie chodzi w bajecznych sukniach zdobionych kamieniami, a spodniach i ciemnej tunice, które nie krępują ruchów. Nie ma policzków podkreślonych różem, a jej rumieńce są wywołane w naturalny sposób podczas zmagań na śmierć i życie. Tytułu szlacheckiego również nie posiada, nadano jej inny, wywołujący o wiele większy respekt i pojawianie się gęsiej skórki nawet, a może zwłaszcza wśród męskiej części królestwa: Królewska Obrończyni. Cealena to prawdziwa baba z ... no wiecie czym. Gdyby ktoś wyrwał jej torebkę zamiast wołać: ,,Pomocy!" w dwie sekundy dobiegłaby złodzieja i sprawiła, że już nigdy więcej nie odważyłby się dokonać podobnej zbrodni. Prawdopodobnie po spotkaniu z nią miałby w ogóle trudności z podniesieniem widelca do ust... Jest ona główną bohaterką szeroko komentowanej trylogii: ,,Szklany tron". Poznajemy jej losy, kiedy przebywa w kopalni skazana na dożywotnią pracę. Pewnego dnia jednak wszystko się zmienia, staje przed obliczem szansy wyjścia na wolność. Upragniona wolność! Jest tylko jeden malutki, malusieńki haczyk. Musi wziąć udział w turnieju i pokonać trzydziestu najwybitniejszych w całym kraju przestępców, najznakomitszych rycerzy, kawalerów wojsk, sprytnych zabójców. Ona - takie tam metr pięćdziesiąt w kapeluszu, którą byle zefirek może zdmuchnąć ma stanąć naprzeciw trzydziestu mężczyznom, którzy już w kołysce zamiast grzechotki bawili się mieczem i wyglądający jakby mieli dożywotni karnet na siłownie. Walka toczy się o wszystko, a każdy z zawodników nie zawaha się uciec do przebiegłych sztuczek, aby osiągnąć zwycięstwo. Podczas wielomiesięcznych walk kandydaci jednak giną także... nie od zadawanych sobie nawzajem ran, ale w niewyjaśnionych okolicznościach. Kto za tym stoi? Kto przetrwa do finału? Kto ostatecznie wygra nagrodę cenniejszą niż nawet prywatny Boeing 747-430?

Jestem kobietą i lubię czytać o kobietach, taki mój mały fetysz. Zwykle jednak w obecnej literaturze kobiecej losy bohaterek opisują głównie problemy doboru odpowiedniego odcienia lakieru do paznokci do sukienki na jej wielki maturalny bal. Ich egzystencja opiera się niewiele ponad robieniem maślanych oczu do obiektu westchnień, który oczywiście jest boższyczem wszelkich przedstawicielek płci pięknej i który oczywiście prędzej czy później się w niej zakochuje. Wtedy zwykle po zapoznaniu się z taką bohaterką raczej nie zaprzyjaźniam się z nią, nie wymieniam numerami telefonów i kończę znajomość jak przy zerwaniu plastra - szybkim zatrzaśnięciem książki. Tutaj jednak jest inaczej - bohaterka ma w sobie więcej testosteronu niż większość znanych mi mężczyzn. Zaradna, inteligentna, odpowiada sama za siebie. Ma jednak w sobie ogromną wrażliwość i nawet ona ma swoje słabości choć widząc ją z toporem w dłoni można odnieść wrażenie, że jest niczym stal z którego zrobione jest ostrze. Dodatkowo w książce akcja nabiera tempa wraz z przebiegiem turnieju do tego stopnia, że nie możesz doczekać się ostatecznej rundy i niczym kibic w pierwszym rzędzie czekasz aż jeden z przeciwników padnie na matę, a sędzia ogłosi nokaut. By nie było nadto krwawo pojawia się i motyw miłosny wszak bohaterka choć może w męskich butach to jednak jest kobietą z krwi i kości i jej serce choć otoczone zbroją bije i chce mieć dla kogo. Z jednej strony inteligentny książę podzielający jej pasję do książek, z drugiej silny kapitan gwardii z którym dzieli miłość do broni i robienia z niej użytku - a to wychodzi obojgu świetnie. Książkę polecam tym, którzy lubią wartką akcję i niebanalne bohaterki o zdecydowanych cechach charakteru. Takim, których nie rażą miłosne wątki oraz elementy fantastyki, ponieważ całość oprószona jest magią, która już na pierwszych kartach książki została uznana przecież za już nieistniejącą i wymarłą. Jak jest w rzeczywistości? Musicie się sami o tym przekonać.

Płyta 
Była królewska obrończyni, a teraz czas na prawdziwą królową. Nie jest co prawda następczynią tronu żadnego niewielkiego państewka, a tytuł ten nadać jej można nie na podstawie szlachetnej krwi lecz... głosu. Najnowszy album artystki ,,Lemonade" podobnie jak w przypadku komentowanej niedawno przeze mnie koleżanki po przysłowiowym fachu Rihanny jest zdecydowanie odmienny od tego, do czego nas przyzwyczaiła. Piosenki na płycie z reguły nie pobudzają do ruszania biodrem raz w jedną raz w drugą stronę co z daleka może przypominać próbę odganiania latających wokół nas owadów. Te w głównej mierze skłaniają do refleksji. Artystka bowiem pomiędzy wierszami dzieli się z nami swoimi osobistymi przeżyciami. W tekstach często pojawia się motyw zranionej kobiety, której oczy mydlone są pięknymi niestety wyłącznie bajkami partnera. Czyżby plotki o kryzysie w małżeństwie Beyonce i Jay'a są prawdą? Możliwe, że piosenkarka w ten sposób daje odpowiedź na pytanie szeptem zadawane przez zainteresowanych, których w świecie show biznesu nie brakuje i tym samym na swój własny sposób rozgrywa małą zemstę na mężu. Osobiste życie pary jednak nie interesuje mnie tak bardzo jak piosenki na płycie, a te zasługują na uwagę. Utwory w większości należą do lirycznych, stonowanych ballad i tych ozdobą jej wyłącznie niesamowity wokal. Z drugiej strony mamy także mocne uderzenia, gdzie to muzyka ,,robi robotę", a w połączeniu z równie dobitnym tekstem mamy przepis na prawdziwy hit. Beyonce swoją płytą zaprasza nas do niezwykłej degustacji. My natomiast jako koneserzy możemy skosztować odrobinę z każdego gatunku - mamy tutaj zarówno pop, soul, jazz, a nawet nawiązanie do muzyki country.  Dzięki temu poznajemy nowe smaki, słodkie, ostre i słone bez obawy o nasze biodra. Największy zachwyt chyba wzbudza prawdziwość tej płyty. Choć bardzo osobista to jednak uniwersalnie każdy może utożsamiać się z doświadczeniami autorki, przybić z nią piątkę mówiąc: ,,Rozumiem Cię". Królowa B. po raz kolejny udowadnia, że poza byciem wybitną artystką o fantastycznym wokalu to jest po prostu zwyczajną kobietą, której pomimo talentu, sławy i pozornego bogactwa nie omijają osobiste tragedie. Udowadnia jak inteligentną, silną jest osobą i swoją postawą może stanowić wzór dla pozostałych przedstawicielek płci, a tych wpatrzonych w nią niczym w ciastko z  różową polewą kuszące nas w gablocie cukierni przecież nie brakuje. 

Teraz oddaje Wam głos i liczę na Wasze polecenia
Może znów dzięki Wam trafię na coś,
co zajmie moją uwagę na sekundę, dwie i... dłużej? :-)



Wpadające do pokoju promienie słońca są zwiastunem tego, że uwaga błysnę inteligencją: nastała jasność! Niesie to za sobą poważne skutki, ponieważ oznacza, że ciemna zasłona mroku chroniąca nasze sekrety niczym peleryna z książek o znanym czarodzieju już nie działa i wszystko jest widoczne jak na dłoni. Tak, wszystko, wszy-stko. Czyli twoje niedoskonałości na twarzy też. Nie możesz już liczyć na utrudnioną widoczność wynikającą z pory dnia, a opuszczanie rolet i zabijanie deskami okien kiedy na zewnątrz piękne słońce i plus trzydzieści stopni wydawałoby się dziwne. Musisz zatem wykorzystać niezbędnik, bez którego eksmisja na bezludną wyspę skończyłaby się na Twoim rychłym końcem. Nie nie, nie mówię wcale o latarce, namiocie i mini apteczce. Chodzi mi o korektor pod oczy, bazę do makijażu, podkład, fluid i paletkę do konturowania twarzy. Zatem promienie słońca są niczym wystrzał z pistoletu rozpoczynające start. Metą jest łazienka gdzie po wysiłku spędzasz trzy godziny na kolejnej konkurencji tym razem nie siłowej, a artystycznej: malowaniu arcydzieła. Vincent van Gogh i jego namalowane, słynne słoneczniki się chowają w porównaniu z tym co ty dokonałaś na swojej twarzy choć w podobnym do niego czasie. Twoje jednak nie zawiśnie na ścianie galerii i nie będzie wywoływać głosów zachwytu znawców sztuki, a będzie cieszyć mijanych na ulicy przystojnych mężczyzn i prowokować do odgłosów gwizdania - przynajmniej taką masz nadzieję. Każda niedoskonałość to według Ciebie Twoja słabość. Tę na twarzy możesz zakryć z pomocą kosmetyczki zawierającej produkty w ilości porównywalnej do asortymentu okolicznych drogerii, a cellulitis korygującą bielizną sięgającą od kostek pod sam biust w której czujesz się jak motyl, ale dopiero ten na etapie przeistaczania się z poczwarki w kokonie. To możesz zakryć bez problemu. Ta jednak nie na zewnątrz, ale tkwiąca w nas, słabość charakteru, wrażliwość, kompleksy, niepewność samego siebie oooo tu już nawet reklamowany co pięć minut w przerwach reklamowych korektor szesnaście w jednym nie pomoże.

Te powiedzmy to głośno i wyraźnie jak podczas recytowania wierszyka na ocenę o robaczkach i biedronkach na języku polskim w podstawówce: kompleksy niszczą nie tylko nas. Mają one bowiem destrukcyjny wpływ także i na... nasze relacje z innymi ludźmi.

Jesteście razem tyle, że znajomi już śpiewają, że niosą Ci suknię z welonem. Zdawałoby się, że znacie się na wylot. Wiesz, że kupuje tylko czarne skarpetki w szare romby, wiesz, że pije tylko zieloną herbatę parzoną dokładnie trzy minuty i czterdzieści dwie sekundy (po czym zostawia zużyte torebki po na blacie stołu nieświadomy, że naraża się na bliskie spotkanie z wałkiem do ciasta, którym chcesz w niego cisnąć). On wie, że Twój pierwszy chomik nazywał się Pusia, a ta blizna na nosie to po bójce z największym rozrabiaką na osiedlu, bo zabrał Ci różową skakankę. To jednak tylko informacje, mówiące o przeszłości, teraźniejszości, pewnie też o przyszłości, ale niemówiące wiele o nas samych. Ta prawda o nas z naciskiem na słowo prawda często jest chowana, zakrywana tak samo jak pryszcz na który poszła cała tubka podkładu dziś rano. Niby zatem jesteście blisko, blisko, a jednak dzieli Was cały ocean. Brak takiej bliskości jest konsekwencją uciekania przed wstydem. Pokazać prawdziwego siebie to stanąć przed kimś saute - bez tych wszystkich wyszczuplających ubrań a'la Bridget Jones czy bez grama makijażu. I niby macie z własnej nieprzymuszonej woli tego dokonać? Jak to tak? Bez kontroli, mechanizmów obronnych, jak kawa na ławę? Tak o, po prostu?

Zanim jednak pokażemy się ,,nago" przed drugim człowiekiem musimy pokazać się jeszcze jednej najważniejszej w naszym życiu osobie. Zatem choć tego nie lubimy trzeba chwycić za porządną ścierę i płyn do mycia, ponieważ pora oczyścić z kurzu stojące w przedpokoju... lustro.
Być prawdziwym wobec kogoś wymaga najpierw bycia prawdziwym wobec samego siebie. Akceptacja. Trudne słowo w wymowie, w zrozumieniu, a najtrudniejsze w zastosowaniu. Nie szukaj w portfelu pieniędzy na opłacenie pana korepetytora, tego musimy nauczyć się i zrozumieć sami. Mama i tata może zrobią za nas wyjątkowo skomplikowane zadanie z matematyki, ale tego problemu nikt za nas nie rozwiąże.

Boimy się niezrozumienia, wyśmiania i ostatecznie odrzucenia. Dlatego też pokazujemy najlepszą możliwie, ale często wymyśloną wersję siebie. To tak jakby Twoja stara, szmaciana, zakurzona lalka, której zrobiłeś nożyczkami fryzurę ,,na chłopaka" przeszła lifting i zmieniona została w plastikową blond barbie z przedłużonymi włosami. Na pozór wygląda ładnie i miło nacieszyć tym oko, ale gdzie tu prawda? Zamiast miłej w dotyku choć może nieładnej bawełny, zimny i twardy plastik.

W tym przypadku jedynym wyjściem i skuteczną odpowiedzią, której nie znajdziesz w maturalnym kluczu rozwiązań jest polubienie siebie. Porzucenie maski, odkrycie tego co schowane, prawdziwe tego dostrzeżenie i po prostu zaakceptowanie takim jakim jest. Brzmi ciężko? Takie jest, ale po tym kroku najtrudniejsze za nami. To jak zadania otwarte, które są najtrudniejsze, bo wymagają rozpisania na parę stron, ale po nich zostały testowe z odpowiedziami A,B,C,D, które tylko musimy zaznaczyć w kółeczko. Odkryć możemy to co niedostępne dotychczas dla innych oczu, a wydarzenie to przyćmi nawet odkrycie słynnej Ameryki. Może nie zapisze się w historii całego świata, ale będzie najważniejszą datą w historii naszego życia.

Zatem zagrajmy w prawda fałsz. Masz zawsze dwie opcje. Być może - za co trzymam mocno zaciśnięte kciuki po tym tekście wybierzesz to co da Ci wygraną w tej grze: prawda.

Jak zawsze pytam Was o zdanie:
Czy łatwo jest Wam otworzyć się przed innymi ale i sobą samym?
Czy możliwa jest prawdziwa bliskość i dobra relacja czy związek 
oferując komuś nieprawdziwego siebie? :-)



Zrywamy kartkę z kalendarza (jak zwykle z kilkudniowym opóźnieniem) i widzimy marzec. Miesiąc kiedy nasza dieta z racji obchodzonych świąt głównie opiera się na... jajkach. Te na talerzach pojawiają się na śniadanie, drugie śniadanie, obiad, a nawet deser w ramach podwieczorku i oczywiście nie może ich zabraknąć kolacje. Zwłaszcza lubujemy się tych... czekoladowych. Nasuwa mi się na myśl w związku z tym to pytanie któregoś z domowników zadawane podczas powrotu ze święcenia koszyczka:
- ,,A gdzie się podziały czekoladowe jajeczka?" 
- ,,Eee... Wypadły mi wszystkie z koszyka!" ... prosto do mojego brzucha. Serio, czy kiedykolwiek udało Wam się nie wyjeść ich podczas drogi do domu? Nie odpowiadajcie, to przecież pytanie czysto retoryczne. ;-)

Dla mnie symbolicznym pożegnaniem zimy nie jest topienie marzanny. Zamiast topić w odmętach rzeki kolorową lalę dokonuję jeszcze bardziej bestialskiej zbrodni - grzebię żywcem! Kto aż tak mi zalazł za skórę? To mój gruby płaszcz działający niczym broniąca nie przed kulami z amunicji lecz śniegowymi kamizelka kuloodporna. Nie mam skrupułów i gdy tylko wskaźnik na termometrze przekroczy liczbę 20 wcielam w życie wypracowany w najmniejszych szczegółach plan pozbycia się nieprzyjaciela. Opiera się na bestialskim zapakowaniu do wora i schowaniu na samo dno szafy. Najpierw jednak angażuję do współpracy zaprzyjaźnionego partnera zbrodni - miłego pana Andrzeja ze spychaczem z pobliskiej budowy, aby z jego pomocą pierw jakoś przebrnąć przez całą stertę moich ubrań. Kiedy to się już uda, płaszcz wędruję w czeluście szafy z niesłabnącą nadzieją, że uda mi się go jeszcze kiedyś w przyszłości może odnaleźć pośród całej reszty bluzek, bluzeczek i sweterków, kiedy znów zaczną mnie atakować śnieżne pociski. Pewnie jednak zostanę zmuszona do zakupu nowego... Na swoje usprawiedliwienie powiem, że i ja mogę czuć się pokrzywdzona. Natura nie jest też łaskawa i nawet ona przeprowadza wobec mnie przestępstwo - ograbia mnie z jednej dodatkowej godziny snu! Mamy zatem czas letni, mamy nowe okrycie wierzchnie i kolorowe balerinki wróg numer jeden wszystkich kochanych babć z uwagi, że przez nie marzną nam nogi. Nieprzedłużając możemy zacząć świętowanie wiosny! Co zatem mnie (p)obudziło do życia wraz z rozpoczęciem mojej ulubionej pory roku? Teraz mały spoiler. Dodam już, że podczas podsumowania kwietnia wiosna przestanie być moją ulubioną z racji latających beztrosko pyłków, które wystawiają rokrocznie na ciężką próbę mój wodoodporny tusz do rzęs.

Muzyka
Jeszcze do niedawna była zupełnie niewyróżniającą się w tłumie dziewczyną próbującą przebić się wśród roznegliżowanych koleżanek po fachu wyłącznie za sprawą... swojego wokalu. Naiwna! Sprawy nie ułatwiał jej niepozorny wygląd, duże oczy koloru oceanu i blond loczki niczym u aniołka. Dodatkowo i piosenki nie należały do najambitniejszych. W swoich refrenach wyśpiewywała, że jej marzeniem jest, aby zostać księżniczką dla swojego księcia, a jej Romeo ją uwolnił. No cóż to chyba nie wymaga dłuższego komentarza... Jednym słowem natychmiast powinna zwolnić swojego menagera oraz kilka wybitnych sław od wizerunku gwiazd i zacząć wszystko od nowa. Na szczęście dla niej o dziwo tak też zrobiła. Trochę czarnej, przylegającej do ciała lateksowej skóry, odważne cięcie włosów i przemieniła się w prawdziwą ikonę muzyki popularnej detronizując znane diwy, które nagle musiały wraz ze swoim rozdmuchanym ego ścisnąć się w rządku, by zrobić dla niej miejsce. Dobrze dla niej, że jest taka szczupła... Najnowsza płyta Taylor Swift ,,1989" to prawdziwy wachlarz różnorodnych gatunków. Myślę, że zarówno meloman muzyki klasycznej jak i fan disco polo i piosenek w rytm ,,umcy umcy" odnajdzie w nim coś tylko dla siebie. Na krążku nadal mamy kawałki, podczas których słuchania nie trzeba dodatkowo sięgać po coś słodkiego do kawy, ponieważ rozpływają się o miłosnych uniesieniach tak, że człowiekowi już i tak robi się odrobinę mdło. Niemniej zaraz po nich nasze zmysły elektryzują ostre nuty niczym ciemna czekolada z dodatkiem papryczki chilli! Taylor nadal pozostała typową dziewczyną z sąsiedztwa, bo taka po prostu jest i chwała jej za to. Ujrzawszy ją w progu mieszkania sprzedającą ciasteczka nawet będąc na diecie zakupiłbyś z miejsca wszystkie opakowania. Ilość nagród, które otrzymała prawdopodobnie zakryłaby każdy centymetr kwadratowy podłogi i zajęła zawartość wszystkich szafek i półek mojego mieszkania. Twojego też. Sukces ten jednak nie spowodował, że otwierając przeglądarkę internetową witryna o plotkach z życia gwiazd ustawiona jako nasza strona startowa powita nas jednoznacznymi zdjęciami zrobionymi z ukrycia podczas schadzki z żonatym reżyserem. Najnowsza płyta artystki pokazuje nie tylko jak wielką przemianę dokonała, ale jest jednocześnie dowodem na to, że kariera może być synonimem nie wielkiego biustu, lecz... głosu. 

Książka
Ostatnio było słodko, romantycznie, sielsko, anielsko. Choć nie skreślam gatunku obyczajówek z motywem miłosnym w tle teraz wracam już na właściwe, dobrze znane mi tory. Co to oznacza? Będzie krwawo! Tym razem poznajemy główną bohaterkę Julię. To niezwykłej urody kobieta. Ma gustownie urządzony dom, męża chirurga, czyli spełnienie marzeń każdej wzdychającej na ekranie do doktora House'a przedstawicielki płci pięknej. Oprócz tego ma wspaniałego syna oraz otoczona jest wianuszkiem przyjaciół również należących do elity lekarzy, często organizujących wykwintne przyjęcia dla swojego światka. Oczywiście w menu szampan i truskawki, pomidorowej i schabowego raczej na talerzu nie doświadczysz chyba, że po imprezie udasz się do mlecznego baru obok. Sama realizuje siebie jako artystka, jej prace zdobią szare ściany galerii. Można powiedzieć, że za zarobione pieniądze powinna w kiosku kupić zdrapkę, ponieważ los ewidentnie się do niej uśmiecha, a niewielkich rozmiarów odrzutowiec w garażu przecież zawsze się przyda. Fortuna jednak jest kapryśna i ją doświadcza swoimi lepkimi mackami tragedia - śmierć siostry. Nie była to jednak spokojna śmierć, ponieważ Kate została zamordowana i porzucona w ciemnym zaułku uliczki Paryża. Dlaczego? Przez kogo? Tego nie wie nikt, a bezradna policja rozkłada ręce. Główna bohaterka nie potrafiąc pogodzić się z sytuacją, staje się odpowiednikiem pana Poirota z książek A. Christie w spódnicy i sama postanawia odkryć przyczynę zbrodni i jej wykonawcę. Próbując dowiedzieć się więcej o siostrze z którą długo nie utrzymywała kontaktu niespodziewanie dla niej zaczyna odkrywać... jej drugie, nieznane nikomu oblicze. Tożsamość Kate była bowiem dwojaka. Poza dobrze znaną wszystkim i rzeczywistą Kate była także druga - cyfrowa  famme fatale w Internetowej sieci. Główna bohaterka próbując poznać skrywane przed wszystkimi drugie życie siostry, sama szybko wsiąka w uzależniający swą tajemniczością wirtualny świat. Ma to dla niej niewyobrażalne skutki. Okazuje się bowiem, że ostrzeżenia rodziców, aby uważać podczas korespondowania na popularnych portalach nie są bezpodstawne. Nigdy bowiem nie wiesz... kto tak naprawdę siedzi po drugiej stronie. ,,Drugie Życie" S. J. Watsona to psychologiczny thriller, którego głównym atutem są niebanalni bohaterowie i ich ostro zarysowane cechy charakteru. Nie są to stateczni ludzie wiodący spokojne życie upływające na odpoczywaniu na leżaku na działce zagryzając kiełbaskę z grilla polaną ketchupem. Ci bohaterowie mają burzliwą przeszłość i swoje słabości. Podczas lektury nie raz masz ochotę rzucić przysłowiowym mięsem i krzyknąć na bohaterkę: co Ty wyprawiasz?! To podobnie jak podczas horrorów, kiedy aktorka słysząc  złowróżebne głosy z piwnicy zamiast uciekać, bierze maluteńką latarkę będącą raczej breloczkiem do kluczy niż solidnym źródłem światła i idzie sprawdzić przyczynę dźwięków. Z pewnością poza oświetleniem ciemności przyda jej się kiedy wyskoczy na nią zabójca z siekierą... bo nic innego przy sobie oczywiście nie ma. Książka skierowana głównie dla tych, którzy poza wciągająca fabułą opatrzoną zagadkami cenią sobie wyróżniające się postacie. Widzę słabe strony książki - czasem mam wrażenie, że akcja rozwijała się długo, dłuuugo przez wiele setek kartek, aby wszystko rozwiązać na zaledwie kilku stronicach. Ostatnia jednak kończy się tak, że masz ochotę wysłać do autora list z pogróżkami o ile nie dopisze pod ostatnią kropką: ciąg dalszy nastąpi. Podsumowując psychika głównej bohaterki i motywy jej postępowania często dla mnie niezrozumiałe zaciekawiła mnie do tego stopnia, że musiałam poznać zakończenie tej historii. 

To moi faworyci tego miesiąca. 
A Wy co ciekawego słyszeliście, widzieliście, czytaliście? :-) 
Czekam jak zawsze z nieukrywaną ciekawością na Wasze polecenia! :-)

Chciałabym także z całego serca podziękować Wam za nie lekką mżawkę,
 ale prawdziwą ulewę waszych komentarzy i życzeń z poprzedniego, urodzinowego wpisu.
Jesteście niesamowici, sprawiliście, że teraz już na pewno będę miała zmarszczki od tego uśmiechu, który nie schodził mi z twarzy! Dziękuję!



Niedawno obchodziłam dzień, którego data z roku na rok powoduje, że kąciki ust zamiast wędrować w górę jak podczas próby zdobycia szczytu Mont Everest, lecą niczym wagonik w kolejce górskiej na dół. Tym samym powodują na twarzy grymas jak na widok talerza szarej brei zwanej kaszą manną serwowanej w przedszkolu. Urodziny! Publicznie prawdopodobnie, aby uniknąć upokorzenia nie powinnam wyjawiać które. Jako jednak, że jak domyślam się aż zżera czytelników od środka ciekawość... Jeżeli chcecie ją poznać musicie tylko wziąć liczbę szesnaście następnie pomnożyć razy dwa, potem odjąć dwanaście i na koniec dodać trzy. Proszę bardzo! :-) Te urodziny, które jednak obchodzę własnie teraz policzyć jest zdecydowanie łatwiej. Aby celebrować to święto nie muszę wcale zapakować do koszyka wszystkich dostępnych na półce sklepowej opakowań świeczek. Nie muszę także pokrywać nimi każdego milimetra kwadratowego powierzchni tortu ciasno układając przy sobie byle tylko zmieścić co do jednej. Przyznam szczerze, że i takie zabiegi niewiele pomagają przez co muszę je wbijać już nawet w boki ciasta. Tu akurat nie ma problemu - potrzebna mi bowiem tylko jedna jedyna! W takim wypadku dobrze się składa, że przynajmniej zaoszczędzę na ich zakupie, ponieważ na urodzinową zabawę w celu celebrowania wydarzenia prawdopodobnie potrzebowałabym wynająć halę lotniska lub stadion narodowy, aby pomieścić wszystkich gości. Nie, żadna tam ze mnie celebrytka, jednak faktyczne grono znajomych przewyższa posiadaną liczbę kontaktów w telefonie niejednej prezenterki z porannego kanału śniadaniowego. W odróżnieniu jednak od nich w moim środowisku ludzie nie zajmują się pozowaniem na ściankach pokazując torebkę za której równowartość można by oświetlić przez miesiąc stolicę jednego z największych państw Europy Zachodniej. Moje grono znajomych choć jak mam wrażenie bardziej utalentowane to jednak zupełnie niedocenione. Niestety przed nimi nie rozciągają czerwonych dywanów, po których przechadzać się można machając dostojnie dłonią niczym sama angielska królowa i narażając na wadę wzroku przez fleshe krwiożerczych paparazzi będących w stanie sprzedać własną nerkę dla zrobienia odpowiedniego zdjęcia.

Niektórzy z moich przyjaciół swoimi przepisami na ruskie pierogi doprowadziliby do upadku restauracji samego kulinarnego guru serwującego faszerowaną musem z zielonego groszku przepiórkę w sosie rozmarynowym z kminkiem ułożoną na chipsie gdyby tylko serwowali je w bistrze obok. Inni doprowadziliby swoimi recenzjami znanych krytyków do konieczności rozsyłania CV po barach, aby załapać się na zmywak, gdyby tylko to ich recenzje zamieszczono w rubryce The New York Timesa. Felietony niektórych powinny być powodem zapraszania ich na kozetkę do znanych programów publicystycznych zamiast tych wszystkich ludzi z show biznesu opowiadających o swojej ciężkiej pracy polegającej przeważnie na piciu szampana zagryzanego krakersem z owocami morza.

Tajemniczy goście, którzy powinni wraz ze mną świętować to wydarzenie to nikt inny jak...
Wy moi drodzy!
Rocznica o której mówię, to dla mnie nie lada wydarzenie, bowiem to pierwsze urodziny mojej strony. Dokładnie rok temu założyłam tego bloga i tu pojawia się głośne westchnienie i zderzenie z brutalną rzeczywistością: kiedy to zleciało! Pamiętam ten moment, kiedy pierwszy raz zasiadłam do laptopa obowiązkowo z moim ekwipunkiem: wiadrem kawy i paczką maślanych herbatników. Nieśmiało zaczęłam przebierać paluszkami po klawiaturze. Pisałam zdanie, kasowałam, wcisnęłam lekko kilka klawiszy, a potem długo przyciskałam backspace i zaczynałam od nowa. Kiedy pierwszy raz kliknęłam: opublikuj serce waliło mi niczym dzwon samego Zygmunta. Jego bicie było głośniejsze niż na pierwszej prawdziwej randce, kiedy jako nastolatka zaproszona zostałam do restauracji. Tam też na starcie popełniłam największy błąd mojego życia zamawiając makaron, który nijak nie chciał się nawijać na widelec... Jakbym mało była zestresowana!
Potem pojawił się pierwszy komentarz i z wypiekami na twarzy zasłaniając oczy dłonią niczym na wszelkich horrorach, które tylko udaję, że oglądam doczytałam słowa: ,,Podoba mi się tutaj!". Gdybyście widzieli wówczas mój uśmiech! Jeżeli zrobiono by mi w tym momencie zdjęcie jestem pewna, że każda firma kosmetyczna sprzedająca pasty do zębów zaoferowałyby mi prawdziwe miliony, aby móc umieścić je w swojej reklamie. Pomyśleć, że wystarczyło pstryknąć sobie selfie, a teraz zamiast pisać na starym krześle przy biurku pod oknem z widokiem na architekturę Szczecina leżałabym rozłożona w hamaku czując na twarzy bryzę Oceanu Spokojnego...

Aby uczcić ten dzień kupuję kawałek najlepszego szczecińskiego sernika z białą czekoladą i limonkową polewą (warto tu przyjechać na krajoznawczą wycieczkę choćby tylko dla niego, naprawdę!), wbijam brutalnie z impetem świeczkę i myślę życzenie. Życzę sobie kolejnych lat spędzonych tutaj mając cichuteńką nadzieję, że będziecie mi nadal towarzyszyć, ponieważ bez Was nie byłoby tego miejsca. By Was przekonać (i trochę przekupić...), każdemu wysyłam po wirtualnym kawałeczku ciasta. Muszę się jedynie pospieszyć, ponieważ znając moją beznadziejnie niekończącą się miłość do tego rodzaju wypieku za chwilę w okno będą stukać gołębie w nadziei na pozostałe wyłącznie okruszki. Nie zaparzajcie jednak jeszcze kawy, ponieważ pomimo moich wysiłków znając naszą pocztę przyjdzie Wam się nim raczyć może w okolicach bożonarodzeniowych świąt przy odrobinie szczęścia.

Chciałabym skorzystać z okazji i podziękować Wam za to, że naprawdę czytacie tę moją czasami paplaninę. Dodatkowo jeszcze poświęcacie swój czas zamiast zrobić coś o wiele bardziej pożytecznego jak oglądanie filmików słodkich szczeniaczków na Youtube, aby skomentować i dołożyć coś od siebie! Najchętniej podziękowałabym każdemu z osobna jednak niestety zajęłoby mi to tyle czasu, że kiedy tylko bym skończyła nawet ta najskuteczniejsza z dostępnych na rynku farb do włosów nie pokryłaby siwych pasm na mojej głowie.  

Wszyscy razem tworzymy to miejsce, 
dlatego dziękuję dziękuję dziękuję.
Mam nadzieje, że do zobaczenia tutaj jutro i... za kolejny rok! :-)




Dzisiejsze barwy bojowe to zamiast niemodnego khaki intensywna czerwień na ustach i czarny lakier na niebotycznie wysokich szpilkach. To jedne z atrybutów kobiecości, dające poczucie pewności w tak trudnym, zdominowanym przez samców świecie. Młoda, silna i niezależna, nie chowa się w mysiej dziurze w momencie pojawienia się przed nią wyzwań. Na zebraniu z prezesami firmy niczym lwica przedstawia nowe propozycje, nad którymi pracowała całymi wieczorami zaraz po powrocie z pracy. Podczas wygłaszania nie mrugnie jej nawet powieka, a głos nawet na chwile się nie załamie. W trakcie przerwy idzie do łazienki poprawić dopracowany makijaż, wszystko musi być perfekcyjne. Jednak ledwo zamykając za sobą drzwi okazuje się, że nie musi nawet wyciągać płynu do demakijażu, ponieważ całość zmywa jedna, druga, trzecia łza. Zaraz po nich płynie już cały potok, spełniając tym samym marzenia pracowników na mini basen w pracy na który szef nie dał pozwolenia. Z torebki wyrzuca szybko wszystko w poszukiwaniu chusteczek, na podłogę spadają trzy ładowarki do telefonu, śrubokręt, mini suszarka do włosów z funkcją prostowania, a chusteczek ani śladu. Zamyka się więc w kabinie, łapiąc papierowy ręcznik  i wyciera tak, by nikt nie zauważył rysy słabości na idealnej powierzchni. Jaki wstyd, ryczy jak jakaś... baba!

Wzór na udane życie:
Mężczyzna + kobieta = Rodzina 
Mężczyzna = łuk + strzały + jakiś biegający po lesie niewinny Bambi 
Kobieta = palenisko + gar + chochla 
Utarło się, że nawet jeżeli kobieta odważyła się zabawić po godzinach w myśliwego to najpierw i tak przed ekwipunkiem powinna pojawić się rodzina i dzieci, bowiem tak nakazuje wzorzec... który w dzisiejszych czasach przeszedł do lamusa niczym dżinsy dzwony i getry. Ten wzór już znajdziesz raczej w starych i rozlatujących się podręcznikach do historii. Pozycja kobiety ze słabej i bezbronnej szyi mężczyzny staje już jako jako samodzielna jednostka na czele gromady samców. Często też zostaje wobec tego panią prezes utworzonej przez siebie firmy jednak nieokreślanej mianem ,,GoodFood Company" ale... ,,Rodzina". Swoją kobiecość, postrzeganą jako naiwną i słodką blondi ukrywa głęboko w zakamarkach swoich torebek bez dna. 

Z jednej strony to my chcemy rozdawać karty, zbierać same asy i wygrywać żetony, za które kupimy sobie najnowszy model kopertówki Chanel. Z drugiej czujemy winę, bo jesteśmy nielojalne wobec naszych przodkiń: matek, babć, prababć wiodących życie przykładnych żon i matek opiekujących się domowym ogniskiem. Częściej jednak decydujemy się na inne życie, a że twardy biznes nie oszczędza naszych paznokci to zamiast wiosennego letniego płaszczyka w pastelowym kolorze przywdziewamy blaszaną, pancerną zbroje.Zamiast rozwiązywać krzyżówki czekając w wysokiej wieży na księcia, zamykamy chałupę i same wychodzimy w miasto na łowy. Nie czekamy w barze, rozciągnięte na krześle z ostentacyjnie wyciągniętym miętowym papierosem, tylko same ruszamy cztery litery i idziemy do sklepu po paczkę zapałek.

Nie musimy być jednak mężczyznami w szpilkach na pełen etat. 
,,Kobiecość" choć ma w swojej pisowni taką samą końcówkę jak ,,słabość" to jedyne między nimi podobieństwo. To nasza autentyczność, nasza emocjonalność, nasza wrażliwość i... nasza tajemna broń skuteczniejsza niż karabin maszynowy. Tak usilnie skrywana, że dziś potrzebuje niemal specjalistycznego sprzętu niczym wykrywacz metali poszukujący drobniaków niemieckich turystów na piaszczystej plaży, aby ją sobie przypomnieć. 

Dlatego też nie analizujmy, nie myślmy, nie twórzmy nieskończonych punkt po punkcie planów działania, strategii i rozwiązań. Uspokójmy się, wyciszmy emocje i zaufajmy wewnętrznej intuicji. Kto bowiem lepiej wie, czego naprawdę Ci trzeba, niż Ty sama? Mniej myślimy, więcej czujemy. W szkole od pani od matematyki pewnie słyszysz odwrotne zdanie, ale w życiu stosuj właśnie te. Choć możesz pochwalić się IQ zbliżonym do Pana wykrzykującego podczas kąpieli: ,,Eureka!" daj mózgowi od czasu do czasu przyzwolenie na wakacyjny urlopik w tropikach. 

Skoro już czujemy, to z prawdziwym przytupem, co sobie będziemy żałować! Krzyczymy, płaczemy, tupiemy nóżką. Nie ma co kumulować emocji doprowadzając prędzej czy później do katastroficznej erupcji wulkanu niszczącej wszystko. Nie chcemy chyba, aby nasze życie podzieliło los legendarnej Atlantydy. Pozwalamy raczej na niewielkie i niegroźne lawiny powodujące ewentualnie jedynie trzydniowy brak prądu. Oczyszczenie się z negatywnych emocji przyniesie więcej ładu w naszym życiu niż uwielbiane przez nasz wszystkie zajęcie czyli wiosenne szorowanie okien. Czerpmy też z tego co wokół, otwórzmy się na to co pod  ręką i chwytajmy zachłannie całymi garściami niczym te soczyste czereśnie na działce u sąsiadów po które włamujesz się przez płot zanim zjedzą je te przeklęte wrony i nici z obżarstwa. 

Tak jak na maturze, najgorsze zadanie na koniec, gdzie zamiast koła ratunkowego dostajesz gwóźdź do trumny, bo każą Ci dokonać analizy porównawczej fragmentów Dziadów.
Akceptuj siebie. Ta krzywizna na nosie dodaje Ci charakteru! Te odstające uszy natomiast naprawdę są urocze. Nie bądźmy kobietami wyidealizowanymi niczym lalki w różowym, plastikowym opakowaniu. Nie jesteśmy bowiem jak najnowsza płyta Beyonce wydana w milionach takich samych egzemplarzy. Bądźmy kobietami dumnymi z krwi i kości z każdą wadą, która czyni nas tak niepowtarzalnymi. 

Zamiast więc ciężkich, wojskowych buciorów pozwólmy sobie czasem na różowe bambosze z pomponem. Nie udawajmy, że ta łza to z powodu alergii na fruwające wszędzie pyłki brzozy, lipy i inne roślinki cieszące oko, ale nie Twoje, bo ono reaguje opuchlizną. Rzućmy czasem talerzem, tylko wybierzmy ten wyszczerbiony duraleksowy, a nie z tego kompletu z Ikei na który wydałyśmy pieniądze z ostatnich czterech wypłat.  

Kobiecość nie równa się słabość, a również słowo na S, które brzmi... siła

Czy Wy także boicie pokazać się swoją kobiecą, łagodną stronę
w obawie przydeptania jej przez twarde reguły dzisiejszego życia? 
Dajcie znać, czy pozwalacie sobie na chwile słabości, czy też 
zawsze zachowujecie stalowe nerwy? :-)




Idzie Luty podkuj buty... a najlepiej schowaj je głęboko do szafy i nie wychodź do momentu kiedy przez brudne okna (bo przecież nie bez powodu mówimy wiosenne porządki... a mamy dopiero zimę) nie dostrzeżesz pierwszego promienia słońca. Trochę jednak minie zanim zaczniemy dodawać sobie zdrowia wewnętrznego dzięki witaminie D, nie zapominając o tym zewnętrznym, który za sprawą promieni UV gwarantuje nam niemalże najmodniejszą, kalifornijską opaleniznę. Pora więc umilić sobie przesiadywanie przed oknem próbując namówić spojrzeniem słupek rtęci, aby podjął wyzwanie i wziął udział w wyścigu, której metą jest punkt +20 stopni Celsjusza w jak najkrótszym czasie.

Książka
Brokatu na oczach nie miałam, złoty pasek zastępował mi zwykły skórzany, więc prawdopodobnie daleko było mi do typowej nastolatki. Wynikać to może także z tego iż na półkach zamiast poradników w co ubrać się na pierwszą randkę i co zrobić, aby jej koniec zakończył się filmowym pocałunkiem miałam raczej takie, które opisywały co robią bohaterowie kiedy nagle podczas romantycznego spaceru znajdują leżące w trawie ciało.
Położenie na blacie w książnicy przeze mnie książki z okładką przedstawiającą parę w miłosnym uścisku zamiast jak to zwykle bywało takiej z tytułem pisanym niby krwią kolejnego kryminału pewnie wprawiło miłego pana bibliotekarza w niemałe osłupienie. Wierzcie mi i ja czułam się nieswojo krocząc między półkami trzymając powieść delikatnie koniuszkami palców niby jak zegarową bombę, która w każdym momencie może zrobić głośne łubudu. Ostatni romans czytałam bodaj jako nastolatka i fanka pewnej sagi, która przez cztery tomy zdawała się szukać odpowiedzi na nurtujące ludzkość pytanie: kto jest lepszą partią: wampir czy może wilkołak (fanki Zmierzchu piątka!). Jednak staram się nie zamykać na jeden gatunek. Adekwatnie do pewnego święta wypadającego w połowie lutego atakującym nas zewsząd malunkami aniołków, serduszek, buziaczków i innych tego typu słodziachnych niczym trzystugramowa tabliczka belgijskiej czekolady wizerunków skusiłam się na.... romans. Dla lepszego klimatu zapaliwszy świeczki, uzbrojona w ulubioną malinową herbatę dla kurażu przed nieznanym przeciwnikiem rozpoczęłam wieczór. Nastrojowy wieczór trwał i trwał, aż stał się... radosnym porankiem. Ja nadal przesuwałam zmęczone oczy sklecając już ledwo literka po literce. Z łóżka zostałam zmuszona przenieść się na fotel, ponieważ zbyt mocno kusiło nieodpartą chęcią oddania się w ramiona Morfeusza. Twardo jednak zaparzywszy sobie wiadro czarnej siekiery, która nie pozwoliłaby zasnąć nawet na wykładzie z Historii administracji i myśli ustrojowo administracyjnej brnęłam dalej w lekturę do czasu kiedy chcąc przewrócić kolejną kartkę, z zaskoczeniem odkryłam, że została mi już jedynie tylna okładka. 

,,Zaczekaj na mnie" autorstwa J. Lynn to historia młodej dziewczyny, która nagle zmienia całkowicie swoje życie. Porzuca nie tylko rodzinny dom, ale całe miasto, które zna od dziecka i przeprowadza się na zupełnie przeciwległy koniec kraju. Nie bez powodu raz na zawsze zrywa z dotychczasowym życiem. Dlaczego? Tego początkowo nie wiemy, ale wraz z kolejnymi kartkami poznajemy dramatyczne doświadczenia bohaterki. Ta z kolei w nowym miejscu zaczyna wszystko od początku, zaczynając z przytupem i to dosłownie, bo już pierwszego dnia wpada na jednego z uczniów nowej szkoły, który jak się potem okaże odegra w jej życiu niemałą rolę. Okazuje się jednak, że choćbyśmy ukryli się w zbudowanym z patyków domku w samym środku tropikalnej głuszy przeszłość niczym Sherlock Holmes ze swoją lupą zawsze odnajdzie nasz ślad i nie pozwoli o sobie zapomnieć. Książka wypełniona jest po same brzegi doskonałym humorem, niebanalnym przedstawieniem budzącego się w młodych ludziach uczucia, a wszystko owiane tajemnicą, którą odrywamy zgodnie z zasadą ruchu jednostajnie prostoliniowego zagłębiając w każdą kolejną stronę treści.

Muzyka
Ta pani zaczynała jako skromna dziewczyna w rozpuszczonych, naturalnie rozwianych włosach i zielonej sukience. Potem na głowie miała już wszelkie możliwe kolory czy uczesania włącznie z ich całkowitym brakiem, a ubrań miała z roku na rok i z teledysku na teledysk coraz mniej. Na swoim koncie ma rzewne ballady przy których jej nastoletnie fanki wypłakiwały wymalowane tuszem oczy po rozstaniu z pierwszym prawdziwym chłopakiem szukając pocieszenia w jej kawałkach i ramionach ulubionego pana Misia. W swoim dorobku ma też liczne taneczne kawałki przy których każdy z nas zaliczył swoją pierwszą prawdziwą imprezę, których przebieg lepiej przemilczmy w myśl znanego ,,Co dzieje się w Vegas zostaje w Vegas". Myśleliśmy, że pokazała już wszystko. Jednak jak się okazuje nie. Nowa płyta Rihanny ,,Anti", która wyszła w lutym tego roku odkrywa zupełnie nową twarz piosenkarki, która jak się okazuje jest kolejnym odcieniem jej barwnej duszy artystycznej. Nigdy nie powiedziałabym, że akurat ta właśnie wokalistka stworzy tak przemyślaną płytę. Nie ma tu już znanego nam na na na come on, czy umbrella ela ela ela... Teksty zdają się opowiadać o przeżyciach autorki, a wraz z muzyką tworzą utwory, które naprawdę pozostają w głowie na długo, czego nie można powiedzieć o ostatnim rozdziale książki do zasad ustroju konstytucyjnego państwa z którego przygotowywałeś się na piątkowe kolokwium. Brakuje mi może tu ognia jaki zwykle wiódł prym na jej krążkach ale stateczna i spokojna Rihanna to większe zaskoczenie w tym roku niż duża kawa w moim automacie na uczelni za JEDYNE złoty pięćdziesiąt.

Serial
To miejsce jest niczym dżungla, równie tajemnicze co niebezpieczne. Stada bronią swojego terytorium - stolika w szkolnej stołówce niedostępnego dla obcych gatunków. Samice używają pazurów przy próbie zwrócenia uwagi przywódcy sfory - największego przystojniaka w szkole i kapitana drużyny footballowej. Ponadto walka przy użyciu kłów odbywa się też o najlepszy fragment leżącej padliny - czyli największy kawałek pizzy. Przetrwają tylko najsilniejsi, największe bicepsy i najdłuższe paznokcie. Inni obrali zgoła inną taktykę i przywdziewając barwy moro i malując twarz błotem przemykają od jednego końca korytarza do drugiego starając nie rzucać się w oczy. Do drugiej grupy zaliczyć można  bohaterkę serialu ,,Inna"- Jennę, która nie musi wysilać się, aby ukryć się przed współtowarzyszami szkolnej dżungli. Jenna? Jaka Jenna? To ta wysoka blond piękność z drużyny cheerleederek? Może ta ciemnowłosa azjatka zwyciężczyni konkursu recytatorskiego? Nie. Jenna to przeciętna dziewczyna, która wieczorami w odróżnieniu od rówieśników zamiast prześcigać się w piciu napojów wyskokowych przez rurę od od odkurzacza pisze swój internetowy pamiętnik. Sama siebie nazywa niewidzialną, a nagłówek bloga tytułuje ,,Inna". Wszystko jednak do czasu. Zbieg nieszczęśliwych dla niej okoliczności sprawia, że ta niepozorna dziewczyna z włosami związanymi w warkoczyk staje się tematem numer. Przebija tym samym nawet najbardziej soczystego newsa o otworzeniu nowej galerii handlowej wśród dziewczyn i wygranej miastowej drużyny koszykarskiej w rozgrywkach stanowych wśród męskiej części. Jenna nagle staje się.. popularna. Jej licznik znajomych na Facebooku otrzymuje dodatkowe zero stając się liczbą trzycyfrową. To z kolei powoduje, że jej dotychczasowe życie, które spisane w formie autobiografii raczej doprowadziłoby podczas jego czytania do snu staje się pasmem mniej lub bardziej absurdalnych przygód. Bohaterka jednak jak się okazuje jest niebanalną postacią i choć wrażliwą to jednak o zdecydowanych poglądach, silnym charakterze i z miejsca zostałam jej przyjaciółką. Serial głównie dla młodych, ale będzie także dobrą rozrywką dla starszej części widowni. Zwłaszcza polecam go rodzicom, ponieważ w zabawny sposób pokazuje pozytywy nastoletniego życia, ale i jego trudności z jakimi musimy się zmierzyć kiedy słowo ,,dorosłość" nie widnieje jeszcze w naszym słowniku. Co najważniejsze właśnie w Stanach Zjednoczonych rozpoczął się kolejny sezon zatem nadrabiajcie kochani szybciutko poprzednie i bądźcie na bieżąco! 

Jestem pewna, że i Wy umilaliście sobie te zimne, szare wieczory ...
Co z kolei Wy widzieliście ciekawego w lutym? 
Podzielcie się w komentarzach! :-)




Ile razy chciałaś ubrać te oryginalne zielone rajstopy do pomarańczowej sukienki z wycięciem na całe plecy, a ostatecznie zjawiałaś się na spotkaniu w klasycznej małej czarnej długości za kolana? Jak często już stałaś w długiej kolejce z upragnioną szminką we wściekle fioletowym kolorze, którą ostatecznie odkładałaś na półeczkę, kiedy przed Tobą stała już tylko jedna osoba i wybiegałaś szybko ze sklepu, aby tylko powstrzymać chęć jej zakupienia? Tym samym ściągałaś na siebie pościg pana ochroniarza, który Twój bieg uznał za chęć niewinnego ,,pożyczenia" sobie bez uprzedniego wyciągania Twojej złotej karty kredytowej rodziców z portfela.

W obecnych czasach głosimy idee indywidualizmu, krzyczymy hasła w obronie jednostki.
Każdy powinien być sobą, to inne jest piękne
W rzeczywistości wszyscy pragniemy przynależeć do określonej grupy. Choć każdy jest wyjątkowy, zupełnie różny tak samo jak nie ma dwóch jednakowych płatków śniegu, to jednak nadal pragniemy być częścią większej całości co wydaje nam się niemożliwe jeżeli będziemy choć w niewielkim stopniu odstawać od należących do niej ludzi. W związku z próbami ,,wbicia się" do ,,ekipy" zmieniamy niepowtarzalnego siebie w powtarzalnego obcego.

Porównywanie dziś to norma. Zaczęło się wcześnie, ponieważ zaraz w szkole podstawowej. Zebrania rodziców to fantastyczny przykład na to, gdy zaraz po rozdaniu przez panią wychowawczynię karteczek z wypisanymi ocenami, mamusie zamiast patrzeć na wyniki swoich dzieci zakładają dla niepoznaki markowe przeciwsłoneczne okulary z wielkim logiem Gucciego i zerkają ukradkowo na boki co z języka polskiego dostała Ania, a ile uwag zgarnął Karol. W domu na każdą Twoją argumentację o wysokim poziomie trudności sprawdzianu uzyskujesz szybką kontrę niczym w grze w tenisa: ,,Bartkowi jakoś się udało dostać pozytywną ocenę. Można? Można!". Dalej w gimnazjum wyszukiwanie po wszystkich drogeriach w mieście identycznego odcienia błyszczyka co ma Karolina, ponieważ musi być to dokładnie cukierkowy róż, żaden tam pudrowy czy fuksja, to przecież kolosalna różnica! W dalszej kolejności jest zapisanie się do drużyny siatkarskiej, do której należy przeszło połowa dziewczyn z Twojej klasy. To nic, że zwykle na w-f podrabiasz zwolnienia, bo od samego przebierania się w dres bolą Cię wszystkie mięśnie i masz zakwasy. Poza tym nie po to rano wstajesz dwie godziny wcześniej, żeby potem wszystko spłynęło wraz z potem, kiedy pani wfistka każe Ci przebiec za karę jeszcze dodatkowe kółko wokół szkoły za plotkowanie podczas biegu z Anką o tym co upolowała w lumpeksie.

Mamy być TACY JAK... reszta zdania zależy od sytuacji. Schemat jednak pozostaje ten sam, zawsze ,,TAKI JAK", a nie ,,po prostu TAKI". Nasza wartość budowana jest na przynależności. Ten kto ma 541 znajomych na Facebooku to pewnie spoko gość skoro ma tylu przyjaciół. Osoba mająca ich kilkunastu to pewnie zamknięta w sobie, podbierająca na szkolnych zabawach ścianę w obawie o jej zawalenie szara mysz z którą chyba chodzisz na matematykę, ale nawet nie jesteś pewien. Zresztą o jakich imprezach mowa, przecież zapewne jedyną jej rozrywką jest wyszywanie w ciemnym pokoju różowych sweterków z wizerunkami kotków na drutach i czytanie z latarką pod kołdrą japońskich komiksów. Nie ma Facebooka? To prawdopodobnie w ogóle nie istnieje.

Okazuje się, że w obecnych czasach najciężej nie jest być perfekcyjną panią domu, kiedy jesteś matką sześciorga małych diabełków, które witają Cię każdego ranka rozkosznym widokiem kawałków jedzenia trafiającego na każdy fragment podłogi, ściany i sufitu, ale nie do buzi. Nie jest też wcale ogromną próbą bycie lojalną przyjaciółką w momencie kiedy koleżanka zdradza Ci sekret jej życia o poddaniu się operacji odsysania tłuszczu z okolic ud, a inna pyta Cię: ,,Co tam ciekawego u Patrycji, wydaje mi się, że schudła, ciekawe jak tego dokonała, nie wiesz może?" Błahostką jest także bycie wierną partnerką podczas spotkania po latach z Twoją starą klasą z liceum na której Twój obecny narzeczony nie mógł się pojawić z racji nawału pracy, a Ciebie prosi do tańca Twoja pierwsza miłość z którą w wieku szesnastu lat planowałaś ucieczkę z domu i huczne wesele. Najtrudniej jest być... sobą bez krępacji i wstydu.

Dużym krokiem jest samoakceptacja, wielkim duma z niej, a milowym  podkreślanie tej swojej odmienności.

Brońmy swojego ja. W dzisiejszych czasach jak widać to bardziej zagrożony gatunek niż objęty ochroną orzeł bielik, a jego wyginięcie jest równie prawdopodobne jak to miało miejsce w przypadku dinozaurów i mamutów.

Bądźmy więc inni, może i dziwni, czasem odrobinę śmieszni, ale za to dumni

Co uważacie na temat zmiany własnej osobowości, 
byle tylko wpasować się we wzór wokół?
Co lepsze:
Być sobą czy być jak cała reszta
Zdarzyło Wam się zachowywać inaczej,
aby tylko inni Was polubili? :-)