Latest Posts





Każdy z nas ma swój sztylet.
Możesz uważać się za najmilszą osobę na świecie, twierdzić iż nie skrzywdziłbyś nawet muchy, a broń? Nawet byś nie wziął do ręki, brzydzisz się przemocą! Jednak ją masz. Jest ona bardziej druzgocąca, jej niszcząca siła sprawić mogłaby więcej szkód aniżeli działo bojowe potrafiące w parę sekund utworzyć nagle w ziemi dziurę tak ogromną, że nagle spełnione zostanie Twoje marzenie o posiadaniu basenu na podwórku, bez żadnej walki o uzyskanie pozwolenia na budowę na który mógłbyś zapraszać sąsiadów. Oczywiście za drobną opłatą. Czasem nieświadomie jej używasz, czasem z premedytacją. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, że nią władasz lub też chcesz wywołać skutek i tu już zależy od Ciebie czy jedynie niewinnie pogłaskać, czy zranić do krwi.
Wiesz czym jest ten sztylet?
To słowo. 
,,Tak pięknie zjadłaś obiadek" mawiają mamusie do swoich pociech. Faktycznie! Wyczyściłaś talerz tak, że ten reklamowany płyn do naczyń wypadł by w teście porównawczym tak blado iż jego producenci natychmiast musieliby sprzedać maszyny i zamknąć produkcje. Czujesz dumę, mama jest zadowolona, a Ty jesteś fantastyczną córką. Skoro Cię chwali to chyba tak jest, prawda? Dlatego kolejnego dnia znów starasz się zjeść obiadek do ostatniego okruszka. Ba! Nawet prosisz o dokładkę, a mama nakładając Ci dwa okrągłe ziemniaczki uśmiecha się od ucha do ucha. Zatem i Ty się uśmiechasz. Spełniasz oczekiwania rodziców. Czy Twoje własne? Nie miałaś ochoty na dodatkowy posiłek jednak to nic, najważniejsze jest, że sprawiłeś radość osobie, która jest dla Ciebie największym autorytetem. 

Przynosisz same szóstki, ciężko na nie pracujesz, na świadectwie czerwony pasek widoczny z paru kilometrów. Niesiesz do domu świadectwo trzymając je jak najdroższy skarb oplatając ramionami, aby niesforny wiatr nie porwał Ci go z małych rączek. Nie możesz doczekać się pokazania go dziadkom, którzy pogłaszczą Cię po główce i powiedzą: ,,Ale mamy zdolną wnusię!". Następnie zadzwonią do wszystkich sąsiadów ze wsi swojej, wszystkich okolicznych oraz do rodziny z Kanady, z którymi nie mieli kontaktu od paru lat aby zakomunikować im, że od góry do dołu masz same celujące. Oni z kolei pewnie pochwalą się, że ich córka wychodzi za mąż, a synowi urodziło się kolejne dziecko. Taka to już jest wymiana informacji. 

Patrzysz i nie dowierzasz. To jest przecież niemożliwe. Tylko 4+? Pani wychowawczyni musiała się pomylić. Z pewnością sprawdzała Twoją pracę przy kolejnym odcinku ulubionego serialu należących do tej kategorii gdzie główni aktorzy nazywają się Frederico i Luz Maria i zagapiła się bądź też wyładowała swoją złość po kłótni z mężem, że wypad z kolegami na jedno piwo skończył się na ilości do której pokazania na palcach nie wystarczy dwóch rąk, a jego powrót slalomem i radosny śpiew piosenki ,,Żono moja serce moje" zbudził nie tylko Ciebie ale również całą kamienicę. Przecież uczyłaś się cały dzień, noc i jeszcze wstałaś o 5 rano aby przyswoić materiał i zapamiętać daty wszystkich bitew, a było ich bez liku. Wracasz do domu i myślisz: ,,Jak ja im to powiem?" Opóźniasz powrót rozważając w głowie scenariusze i tworzysz mowę przekazania ich tych fatalnych wiadomości. Nagle nadchodzi ten moment, przekazujesz wieści i słyszysz: ,,Nie martw się, to nic takiego... jednak następnym razem postaraj się bardziej!" Zapamiętujesz te słowa lepiej niż fragment ulubionej piosenki girlsbandu, którą śpiewasz radośnie pod prysznicem czując się jak młodsza (lepsza hehe...) wersja Britney Spears, chociaż Twoi sąsiedzi mogliby mieć zgoła odmienne zdanie co pewnie nie kryliby uderzając miotłą w sufit i raczej w konkursie piosenki nie zajęłabyś pierwszej lokaty... ale na pewno już chociażby dziesiątą! (szkoda, że na dziesięciu uczestników...). Koniec końców i faktycznie starasz się bardziej. Kolejnym razem uczysz się nie dzień lecz dwa, później uczysz się już tydzień. Efekty są niesamowite - a Ty ze zmęczenia nie kojarzysz już czy to noc czy dzień, ani nie masz pojęcia jaki jest dzień tygodnia i czy przypadkiem nie zmieniła się w międzyczasie pora roku jednak dalej dumna: ,,Daje radę!" 

,,Fajnie gdybyś zarobiła sobie pieniążki, przecież i tak masz wakacje i tyle wolnego". Właśnie dziesięć minut temu oderwałeś długopis od kartki stawiając kropkę nad słowem: logika. To był Twój najtrudniejszy egzamin, ostatnie dni wyglądały następująco trasa: łóżko-biurko. W międzyczasie parę wizyt w łazience i kuchni, aby odgrzać kotleta wątpliwej jakości wrzuconego do koszyka ,,na szybko" w supermarkecie, bo nie miałeś czasu na przygotowanie porządnego posiłku. Zdobywasz więc pracę, pracujesz po 12 godzin każdego dnia użerając się z klientami, którzy przychodzą i na wstępie witają Cię radosnym: ,,Co tak drogo?" Uśmiechasz się, szybciutko kasujesz przebierając zmyślnymi paluszkami po klawiszach, otwierasz i podajesz na serwetce niczym przed królewską wysokością jednak na napiwek nie masz co liczyć. Chyba, że pracujesz w nocy w lokalu oferującym napoje wyskokowe, a klient już zamówił ich tyle, że nie kojarzy czy dał Ci dziesięć złotych czy sto. Ciesz się jeżeli usłyszysz ,,dziękuję". 

,,Wiesz co, te spodnie są świetne ale mogłoby być trochę dłuższe żeby zakryć Ci te Twoje urocze boczki". Boczki? Gdzie? Kiedy one się pojawiły? Fakt, ostatnio trochę się zaniedbałaś, wpadło trochę nadprogramowych chrupeczek, ale one przecież takie leciutkie i niewinne, jak mogłyby narobić tyle zamieszania. Kupujesz karnet na siłownie, do której chodzą Twoje psiapsiółki. Zaczynasz uczęszczać z nimi na zajęcia, a po nich lecicie na kebaba. Kto to wymyślił aby pod klubem fitness otwierać budkę z fast foodem? Nie rozumiesz ale zdobyłaś tam już tyle naklejek za każde spożyte danie, że kolejne dostajesz gratis. Coś jest chyba nie tak więc zrolowaną bułę z warzywami, zamieniasz na same warzywa. I koniecznie bez sosu! Koleżanki biorą zestaw z frytkami, mięsem i surówkami, a Ty zestaw ale prosisz bez frytek i mięsa. Boczki Ci już nie straszne tylko, że... wcale ich nie było. 

Słowo, słowo, słowo. Każdą zmianę wywracającą Twoje życie niczym w kalejdoskopie spowodował ten mały niewinny stwór. Zlepek głosek, który odpowiednio dokonany - ma tę moc. 
Zdając sobie jednak sprawę z jego siły sprawczej możemy wykorzystać je wedle własnego uznania, a także w odpowiedni sposób odbierać je i sobie z nim radzić. Bo trzeba sobie z nim radzić. Nie będę Was oszukiwać - przez całe życie usłyszycie wiele, a znajdą się i takie, których choćby i z mikroskopem najnowszej generacji nie doszukacie w słowniku poprawnej polszczyzny, a kojarzą się raczej z tym co możesz usłyszeć w trakcie kłótni o piłkę nastoletnich chłopaków pod blokiem. Trzeba jednak je przyjąć z pokorą inaczej osoba je wypowiadająca przeżujeWas niczym ulubioną drożdżówkę na śniadanie i wypluje.
Nie musimy być wyłącznie bierni, my też możemy działać. Zamiast traktować go jako broń użyć jako tego co może wywołać dobro. 
Może być bowiem niesamowitym motorem do dalszego działania w życiu naszym jak i powodować radość w życiu ludzi. Ważne by odpowiednio go użyć, świadomie zdawać sobie sprawę z tego co może spowodować. Dawno nie mówiłeś tacie, że go kochasz? ,,To przecież takie dziecinne" myślisz, zresztą przecież on to pewnie wie, prawda? To oczywiste. Powiedz to. Wypowiedzenie ich zajmie Ci całe dwie sekundy, które nie sprawią, że nagle nie zdążysz wylać na siebie morza perfum, przybrać nowej mini spódniczki przypominającej raczej opaskę do włosów i wyglądać jak bóstwo na kolejnej imprezie. Te dwa słowa sprawią, że choćby i chwilę wcześniej dostał burę od szefa, że tabelka w zeznaniu jest o całe dwa milimetry za szeroka to sprawi, że przypomni sobie, co w życiu naprawdę jest ważne, a cieszyć będzie się bardziej niż gdyby ofiarowano mu najnowszy model Mercedesa na którym jeszcze nie wysechł lakier. Mama podała swoje popisowe ciasto niosąc je niczym diadem na atłasowej poduszce przed koronacją jednak smakuje podobnie do otrzymywanej w przedszkolu brei jaką dostawaliście na śniadanie. Powiedz jej, że nawet pani, prowadzącej telewizyjny program o tym jak odmienia restauracje robiąc w nich mały armageddon i konieczność wzięcia dodatkowej dawki leków na serce u ich właścicieli zdarzy się przesolić zupę. Nie musi niczego udowadniać i tak wiele razy wyczarowała coś, za co dostałaby wszystkie gwiazdki Michelin, a goście przywykli już, że muszą przesuwać pasek w spodniach o kolejną dziurkę po każdej uczcie jaką serwuje.

Słowa mogą zdziałać wiele, wykorzystajmy więc ich siłę sprawczą, a dla tych, które nas atakują
stwórzmy odpowiednią tarcze i nie dajmy się im. 
Nie dajmy się krzywdzącym osądom innych, a miejmy w głowie własne i trwajmy w nich choćby każdy na Twej drodze próbował wbić Ci do głowy siłą młota pneumatycznego iż jest inaczej. 

Ciekawa jestem czy Wy kiedyś usłyszeliście takie słowa, które 
sprawiły Wam niezwykłą radość, dających Wam moc do działania
jak i takie, które
zraniły, spowodowały powątpiewanie we własne możliwości czy wręcz
 miały znaczący wpływ na Wasze wybory i życie? 

Przepraszam za przerwę na blogu ostatnimi czasy spowodowaną wielością egzaminów - sesja.
 Jednak zaczynam zasłużone wakacje i wracam tu ze zdwojoną siła.
Głowę mam już wolną i wypełnioną tysiącem pomysłów...
Oczekujcie zatem wielu nowych postów, obiecuję, że będzie się działo! :-)






,,Co Ty wiesz o życiu, taki jesteś młody!"
Ileż to razy słyszeliśmy podobne zdanie od starszych powtarzających to niczym mantrę. Choć młodzi to przeżyliśmy jednak wiele. Z przeżytych zdarzeń i doświadczeń można by napisać niejedną powieść. Strach przeżywany przed egzaminami byłby jak znalazł do opisania go w książce grozy, przy których horrory Stephena Kinga wypadłyby blado, każda nasza wakacyjna wyprawa mogłaby stanowić temat powieści przygodowej, a  randka do miłosnej obyczajówki. Niejedna podróż w zatłoczonym autobusie i chęć mordu nietolerancyjnych w nim ludzi mogłaby być podstawą do kryminału, a to czego każą nam się uczyć wpisywałoby się jak znalazł do książek o tematyce fantasy wszak to również tematyka nie z tej ziemi! Młodzieńcza wizja związku? To dopiero utopia! 
Wszystko co doświadczyliśmy nie tylko ukształtowało nas samych, nasz charakter ale i pozwoliło na utrwalenie w naszej głowie niczym kadry zdjęć wspomnień. Pozwoliło nam na poznanie wszelakiego wachlarza emocji często zupełnie skrajnych - od zachwytu i radości, po łzy smutku. 
Dziś adekwatnie do zbliżających się wakacji, pakuję plecach we wspomnienia i udaje się w podróż- przypominajkę po mapie tych momentów, które zapamiętałam jako najbardziej niesamowite, zapadające w moją pamięć w tym ktoś by powiedział krótkim - zaledwie dwudziestoparoletnim życiu. 

1. Bawimy się w chowanego! 
To była najczęstsza odpowiedź na pytanie: ,,w co się bawimy?",  które padało wśród mojej ulubionej bandy koleżanek i kolegów z podwórka gdy mieliśmy po te kilka lat. Ktoś by powiedział: chowany? Cóż to takiego. Możliwe iż w większości przypadków nie należy to do wyszukanych rozrywek wywołujących szybsze bicie serca niczym przejażdżka po największej karuzeli w lunaparku. Miałam jednak to szczęście wychowywać się w miejscu z dala od centrum, bogatym w lasy, łąki, sady, a osiedle miało zaledwie parę tysięcy mieszkańców i każdy małolat znał się na wylot. Wybór miejsc do ukrycia się nie miał sobie końca i każda rozgrywka często kończyła się kapitulacją szukającego, którego i tak dalece rozwinięta wyobraźnia co do kryjówek kończyła się po kilkudziesięciu minutach. Podchody i strzałki malowane kredą podkradzioną z terenów na których budowano nowe domki jednorodzinne, czy granie w skakankę gdy wcześniej musiałyśmy losować która będzie nią ,,kręcić", ponieważ każda dziewczynka oczywiście wolała przez nią skakać przez co często chłopcy chcąc być bohaterami w naszych oczach i prawdziwymi macho ratującymi z opresji podejmowali się tego znienawidzonego dla nas zadania. Domki na drzewach do których budowy zmuszaliśmy naszych biednych rodziców, którzy ochoczo brali narzędzia i często uderzając się młotkiem w duży palec realizowali nasze pierwsze projekty i wizje przyszłych domów może w nieco mniejszej skali. 

2. Wakacje niczym u dzieci z Bullerbyn 
Czy dla kilkuletniego dziecka może być piękniejsze miejsce dla zrealizowania jego szalonych pomysłów niż prawdziwa polska wieś? Dziadkowie mieli z nami - wnukami, którzy mieli w sobie energii niczym po spożyciu worka cukru nie lada przeżycia, za który powinni dostać order wytrwałości! Skakanie po dachu stodoły, uciekanie przed znienawidzonym kogutem, który nie chciał się z nami zaprzyjaźnić mimo naszych usilnych prób bliższego poznania, podkradanie jajek. Najpiękniejsze obrazki to drewniana huśtawka za domem na którą była kolejka jak za czasów PRL-u i pole na którym można było zbierać maki i pleść wianki podczas wyprowadzania krów. Do tego najwspanialszy smak orzechów laskowych z drzewa rosnącego przy ścianie ukochanego domu.  

3. Pierwszy medal! 
Najbardziej na świecie kochałam ten moment kiedy opierając dłonie o nawierzchnię stadionu, podnosiłam do góry kuperek nie słysząc już żadnych innych dźwięków wyostrzając wszelkie zmysły na moment kiedy usłyszę ten jeden wyczekiwany - odgłos pistoletu zwiastującego, że długie nogi należy pobudzić do pracy. Zaczynał się bieg i prawdziwa walka o zwycięstwo, w której często wszelkie chwyty były dozwolone stąd poznałam się bliżej nie raz z ramionami biegnących obok koleżanek, które w mniej czysty sposób próbowały odebrać mi szansę na złoto. 
Nigdy nie zapomnę błyszczenia na mej klatce piersiowej pierwszego medalu w mistrzostwach wojewódzkich, choć był on niczym w porównaniu z widokiem stojącego na trybunach uśmiechu mojego najlepszego jakiego w życiu miałam trenera, który denerwował się dziesięciokrotnie bardziej niż ja i obgryzał ze stresu paznokcie choć nigdy by się do tego nie przyznał - mojego taty. Widać bieganie za nim kiedy prowadził samochód w formie treningu się opłacało. Drugim najwierniejszym fanem należącym do mojego fanclubu i stałym bywalcem moich wyścigów był dziadek, który nie opuścił chyba żadnego i zawsze ukrywał się przed moim sokolim wzrokiem abym nie stresowała się dodatkowo jego obecnością. Ja zawsze jednak czułam, że gdzieś jest i trzyma mocno kciuki. 

4. Zakończenie przedszkola 
Grałam główną rolę - wróżkę, która odczarowywała wszelkie przedszkolaki, które z kaczuszek przemiały się w prawdziwych uczniów gotowych pójść do szkoły. Ileż to było przygotowań i stresu! Wszak zakończenie przedszkola to nie lada dzień, a na auli było więcej członków rodziny każdego z nas niż gości na  ślubach i innych podobnych okazjach. Poszukiwania sukienki zakończyło się zakupem najbardziej koronkowej, różowej i falbaniastej sukienki jaką w życiu widziałam. Do tego wymusiłam na biednych rodzicach zakup pięknych białych pantofelków aby być iście prawdziwą czarodziejką rodem z bajek - pamiętam, że niestety były odrobinę za małe jednak co z tego! Oprócz tego pierwszy w życiu taniec poloneza - z największym przystojniakiem w przedszkolu, taka byłam farciara! Na zakończenie układ taneczny z koleżankami do piosenki, którą pamiętam do dziś: ,,Szybko zbudź się szybko wstawaj, szybko szybko stygnie kawa!" Hmm chyba już w latach młodzieńczych wywróżono mi moje kofeinowe uzależnienie. Po całej ceremonii następował moment jednak najprzyjemniejszy: poczęstunek! Stoły uginały się od ciastek, rurek z kremem, ciast, a ja znając swoje dziecięce łakomstwo nie poszłam do domu póki nie spróbowałam każdego. Pewnie wzięłam też kilka ukradkiem ,,na wynos" kiedy nikt nie patrzył... 

5. Pierwsza samodzielna dorosła wyprawa
 z dala od rodziców
Pamiętam do dziś to podekscytowanie kiedy pakowałam swój plecak, który był prawie mojej wielkości (naprawdę!) na pierwszą w życiu kolonie. Miałam wtedy osiem lat i była to moja pierwsza wycieczka bez rodziców. Zakochałam się wtedy w górach bez pamięci i ta miłość pozostała do dziś. Do tego chrzest bojowy gdzie jedliśmy miksturę z połączenia wszystkiego co ,,starszaki" znalazły w lodówkach pensjonatu, a możecie mi wierzyć, że ich wyobraźnia była bardzo bogata. Zatem przyszło mi spróbować miksu składników takich jak musztarda, dżem czy ogórki kiszone. Następnie sturlanie się ze wzgórza, a na koniec  ,,spacer wstydu" gdzie umazani błotem musieliśmy przez w kierunku strumienia całą miejscowość. Czułam się wtedy niczym celebrytka oślepiana fleszami aparatów turystów i mieszkańców. 

Cudownych wspomnień mam tak wiele, że mogłabym pisać i pisać do czasu kiedy na mej głowie pozostałyby już tylko siwe włosy, a zamiast siedzieć jak obecnie przy biurku musiałabym się przenieść na bujany fotel. Jednak wybrałam zaledwie te z okresu dzieciństwa, za to, że pozwoliły mi na pierwsze poznanie piękna tego świata oraz wszelakich emocji i doświadczenie pierwszych oznak miłości moich bliskich. 

Jakie są wasze najpiękniejsze wspomnienia i momenty w życiu? :-)
Podzielcie się proszę w komentarzu, powspominajmy razem! 


Inspiracją dla owego wpisu było wyzwanie blogowe Uli Phelep z bloga Sen Mai - 5 dni do zmiany bloga. Kto nie zna jej wspaniałej strony niech szybko nadrabia straty!






Słyszysz go
Zaczyna się od niewinnego dźwięku jakby dopiero skradał się do ofiary, którą obrał sobie za cel, z każdą sekundą pogłaśniając ton swej melodii szykując się do ataku. ,,To jeszcze nie ta pora, nie teraz, to niemożliwe" - myślisz. Codzienna walka rozgrywająca się między Wami jest zacięta jednak z góry skazana na porażkę. Wojny nie wygrasz jednak możesz zwyciężyć choć w tej małej bitwie - z satysfakcją na twarzy dokonujesz jednej maleńkiej czynności, która choć na chwile da Ci przewagę - naciskasz przycisk, który jest dla Ciebie ostatnią bronią - drzemka.
Po dziesięciu minutach jednak on nie daje za wygraną i znów przypomina o swoim istnieniu, dzwoni i dzwoni coraz silniej jakby miał świadomość, że musi działać szybko jego żywot jest ograniczony - wszak bateria w telefonie ma swoje granice wytrzymałości. Ty jednak znów wygrywasz - kolejne 10 minut spokoju gdzie oddajesz się błogiemu stanowi uśpienia. Jednak zabawa w kotka i myszkę kiedyś musi się skończyć. Budzik ostatecznie wygrywa, a Ty? Wstajesz grubo po czasie i zamiast godziny na doprowadzenie się do stanu użyteczności zanim przekroczysz próg mieszkania i narazisz się na widok całej ludzkości i jednoczesne ośmieszenie, masz na to całe... 15 minut. 
Gdzie ta koszula, którą chciałaś założyć? Jesteś pewna, że niemalże wczoraj z ogromną dbałością ułożyłaś ją w szafie, tak jak uczyła w programie telewizyjnym ,,Perfekcyjna pani domu". Ktoś musiał  zatem wkraść się kiedy oddawałaś się w ramiona Morfeusza i ją sobie przywłaszczyć - to wersja dla znajomych. W rzeczywistości musiałaś złożyć w mini kostkę i wciskać na siłę, bo w Twojej szafie po ostatnich zakupach pozostało miejsca w sam raz aby pomieścić tam łepek od szpilki. Na pełny makijaż też już czasu nie wystarczy, modlisz się więc aby Twoi współpracownicy na skutek przesiadywania kilkunastu godzin przed ekranem laptopów grając w wirtualne szachy pozbawieni zostali sokolego wzroku i nie dojrzeli na Twej cerze pojawiających się zmarszczek, które tak pieczołowicie tuszujesz drogimi podkładami. Może nie zauważą też braku kreski na oku, nagich rzęs... i właściwie całego braku makijażu. Na śniadanie też już czasu nie starczy, a o kawie to nie masz co nawet marzyć! Dobrze, że w pracy jest automat, który jest ostatnią deską ratunku na jakąkolwiek szansę pobudzenia Cię do życia i względnego prosperowania. Efekt finalny? Wychodzisz spóźniona, zmuszona wydać równowartość ceny torebki, na którą odłożyłaś pieniądze na taksówkę, ubrana w to co znalazłaś akurat pod ręką, a względnie nadawało się do noszenia, tworząc zestaw nad którym każdy stylista załamałby ręce i skwitował jako ,,modowa klapa roku". Czemu nie pomyślałaś, aby wziąć przeciwsłoneczne okulary i tłumaczyć wszystkim, że masz zapalenie spojówek ze względu na pyłki? Do tego żołądek także zaczyna przypominać o swoim istnieniu czując się wyraźnie pominięty i dając wyraz swojego niezadowolenia wygrywając melodie należących do Twoich ulubionych. Może po dźwięku budzika, ten zajmuje najwięcej miejsca w twym sercu. Ty ostatecznie zamiast  wyjść z domu witając uśmiechem mijających sąsiadów, masz na twarzy grymas powodujący, że schodzą Ci z drogi i zamiast wspólną przejażdżkę windą wybierają dla własnego bezpieczeństwa podróż schodami. Nigdy nie wiadomo czy ta Twoja pozornie maleńka torebka nie skrywa bowiem jakieś ciężkiej broni jak kij do baseballa w każdej chwili gotowy do użycia. 
Zapowiada się zatem fantastyczny dzień, prawda? A mogło być przecież zupełnie inaczej...

Jak zatem działać rano aby wyjść z domu punktualnie? 
Ba, postawmy poprzeczkę wyżej - pięć minut przed czasem? 
Uwierz, to wydaje się nierealne, ale jest do osiągnięcia!

1. Zacznij poranne szykowanie... wieczorem 
Wieczór jest porą dla większości ludzi, w której raczej nie oddajemy się skomplikowanym czynnościom wymagającym ogromu zaangażowania ciała, a tym bardziej umysłu, żeby nie powiedzieć wprost: totalnie bezproduktywną. Zmęczeni, myślimy już o zapraszającym nas cieplutkim łóżku i nijak nie jesteśmy w stanie podjąć się twórczego czy ambitnego działania. Szefowie stacji nie bez przyczyny swoje ,,wielkie kinowe hity" prezentują masom o godzinach, gdy bliżej nam do nocy. Ludzie powracający z pracy po dokonaniu wszystkich obowiązków, które chcą jak najszybciej dokonać i mieć je z głowy marzą jedynie o chwili relaksu przed szklanym ekranem. Wykorzystaj więc ten czas na przygotowaniu wszystkiego co będzie Ci potrzebne na kolejny dzień. Skoro i tak nie stworzysz wówczas dzieła na miarę Nagrody Nobla to co Ci szkodzi? Najwyżej obejrzysz o jeden głupawy filmik w Internecie mniej. Przygotuj ubranie, połóż kosmetyczkę w widocznym miejscu abyś nie musiała później biegać po całym mieszkaniu narażając się na utratę zębów przeszukując każdy kąt łącznie miejsca takie jak lodówka czy schowek na miotły w których TEORETYCZNIE nie ma szans aby znalazły się Twoje kosmetyki jednak wiesz jak jest... by znaleźć ulubiony błyszczyk i parę innych w końcu kobieca torebka pozbawiona jest dna i zmieściłabyś w niej właściwie większość kosmetyków stanowiących artykuły do sprzedaży w drogerii. Przygotuj także wszystkie dokumenty do pracy, aby potem nie okazało się, że szefowi zamiast ostatniego raportu przez pomyłkę dałaś listę prezentów gwiazdkowych, a zamiast materiałów, które chciałaś wykorzystać do prezentacji przed całą klasą wzięłaś rachunki za gaz i telefon. 

2. Oprócz kolacji można przygotować również... śniadanie! 
Skoro i tak musisz zaspokoić wieczorny głód, który akurat o tej porze atakuje ze zdwojoną siłą to zanim rzucisz się na popcorn (i precelki i żelki i inne czekoladki...) do najnowszego odcinka ,,M jak miłość" możesz wykonać te odrobinę więcej wysiłku i przygotować śniadanie na kolejny dzień. Zalej wrzątkiem płatki do owsianki, które w nocy cudownie napęcznieją tworząc razem może mało atrakcyjną, bo przypomina to raczej zaprawę do lepienia ścian jednak pyszną papkę. Kanapki także wykonać można wcześniej i na noc włożyć do lodówki, aby grzecznie tam na Ciebie czekały. Chyba, że masz współlokatora, który jest miłośnikiem nocnych wypraw do tej skarbnicy pyszności i poszukiwaczem znajdujących się w niej perełek, a sam ma tylko ketchup i ogórki konserwowe w związku z czym często ,,przez pomyłkę" myli swoją półkę w lodówce z Twoją. Wtedy lepiej zrób to rano, bo może się okazać, że po kanapeczkach pozostały jedynie tajemnicze ślady okruszków. To jest też fantastyczny moment na przygotowanie sobie II śniadania do szkoły lub pracy, które możesz sobie zabrać w lunch boxie lub słoiczkach, które kosztują często krocie (40 zł za słoik, serio?) ale co z tego jak są designerskie i do tego takie ładne! O ile przyjemniej będzie zjeść domowe II śniadanie zamiast jak zwykle zbieranie po znajomych drobnych na automat, który stanowi punkt obowiązkowy każdej uczelni i zaopatrywany w batony z większą częstotliwością niż łazienki w papier i przed którym są większe kolejki niż na wyprzedaży klapek w Lidlu. 

3. Słowo bez, którego nie wyobrażamy sobie poranka:
drzemka 
Najlepiej byłoby zupełnie z niej zrezygnować, bo jej dokonywanie tak w rzeczywistości nie ma większego sensu. Naprawdę uważasz, że dzięki tym 10 dodatkowym minutom się wyśpisz? Sama jednak wierzę w magiczną moc tych dodatkowych minut w łóżku, które są przyjemniejsze niż pozostałe 8h spania, wszak wiesz, że to Twoje ostatnie zanim będziesz zmuszony wystawić się na chłód poranka (jak dobrze, że obok jest wieszak i puchaty, różowy szlafroczek). Jeżeli jednak wiesz, że bez tych dziesięciu minut Twoje ciało zupełnie będzie niezdatne do jakiegokolwiek prosperowania to zamiast o 7, ustaw budzik na 6:50, a wtedy wstaniesz planowo. Proste prawda? Te dodatkowe dziesięć minut wystarczą na pierwszą z dziesięciu kolejnych kaw, które wypijesz w dalszej części dnia. Ja bowiem prędzej wyjdę z domu w piżamie niż bez łyka mojego płynnego szczęścia z którym chyba zawrę związek małżeński. 

4. Grunt to dobry plan 
Wiesz doskonale ile zajmuje Ci poranny prysznic, a ile dojście na przystanek - w tym czasie zazwyczaj zdążasz napisać trzy smsy czyli to około 3 minuty. Zależy też czy idziesz sama czy z najlepszą przyjaciółką, wtedy zazwyczaj zajmuje to więcej czasu. W końcu musisz w międzyczasie dokonywać na raz dwie bardzo absorbujące czynności - stawianie nogi za nogą przed siebie i plotkowanie, a ono przy intensywnym tempie nie jest możliwe, a już na pewno nie takie przyjemne. Policz dokładnie ile zajmuje Ci każda czynność, a wtedy będziesz mógł jak z precyzją szwajcarskiego zegarka dopasować wszystko tak, aby zmieścić się w czasie, a może jeszcze starczy chwil na szybkie sprawdzenie Facebooka. Przy rozwiązywaniu wzorów na pochodne funkcji elementarnych to nie taka ciężka matematyka, nie usprawiedliwiaj się, że jesteś humanistą lub należysz do pokolenia, który nie miał obowiązkowej matury z tej królowej wszystkich nauk.  

5. Ustaliłeś strategię, rysowałeś plany, 
a i tak wszystko trafił... 
Zawsze mogą wystąpić zdarzenia nieplanowane. Przyznajmy szczerze, zazwyczaj tak jest i to akurat wtedy, gdy jesteśmy pilnie umówieni na spotkanie od którego zależą losy całego świata albo przynajmniej zaliczenie przedmiotu lub awans w pracy. A to w związku z remontem klatki schodowej zakręcili wodę akurat w momencie kiedy pokryty pianą wyśpiewywałeś pod prysznicem przeboje Madonny, budzik nie zadzwonił - choć raczej to ręka w obronie przez sen instynktownie kliknęła sama ,,wyłącz", To nagle lokówka postanowiła wziąć sobie wolne i odmawia współpracy. Cały Twój misterny plan legł w gruzach. Zamiast jednak panikować obmyśl plan B i nową strategię. Wyznacz czynności absolutnie niezbędne, które musisz zrobić, a pomiń te bez których możesz się obejść. Naprawdę przed wyjściem z domu nie musisz przejrzeć nowych zdjęć znajomych na Instagramie. 

Jak wygląda natomiast Wasze poranne wstawanie i przygotowanie się do wyjścia? 
Jesteście mistrzami organizacji i przebiega bez większych trudności 
czy też wszystko robicie w biegu, a i tak zmuszeni jesteście jechać kolejnym autobusem? :-)





Spotkania w grupie znajomych 
mają zazwyczaj jeden schemat:
W związku? Cudownie! Twój ukochany właśnie zabrał Cię na tą najnowszą sztukę okrzykniętego nowym objawieniem reżysera współczesnego teatru. Koleżanki pieją z zazdrości, ponieważ ich mężczyzna zabrał je ostatnio... na mecz piłki nożnej. Tak właściwie to on chciał iść go zobaczyć, a one chcąc spędzić z nim choć trochę czasu wyrażały swój zachwyt nad nadchodzącym meczem wspominając o tym średnio co trzy minuty do tego stopnia, że on wierząc, iż sprawia jej przyjemność  nie z tej ziemi (i aby uniknąć wojny i konieczności jedzenia później przez miesiąc na mieście) kupił bilety dla dwojga. W rzeczywistości nie wiedzą nawet co to spalony, a większość meczu ukradkiem sprawdzały na telefonie Instagram zastanawiając się, czy Ci gracze w niebieskich spodenkach to ,,nasi''?
W pracy? Same sukcesy! Jesteś tak cenionym pracownikiem, że szef zleca Ci najcięższe zadania przez co ostatnio tak mało masz dla nich czas. Jednak przecież muszą to zrozumieć, masz przecież takie wysokie i odpowiedzialne stanowisko... Marzenie każdego kto próbuje wspinać się po drabinie sukcesu, do której nie jest przewidziana żadna winda. Kiwają głową ze zrozumieniem podziwiając Cię jednocześnie, że masz pozycję w firmie, a one one jedynie parzą szefowi kawę, która zawsze jest za mocna, za słaba, za gorzka, przesłodzona czy za gorąca...
Po opowiedzeniu tego wszystkiego zostaje jeszcze pokazanie zdjęć z urlopu! Wyciągasz plik zdjęć pokazując Wasz hotel. Ten to dopiero robi wrażenie! Pięciogwiazdkowy pałac nad jeziorem, z basenami i kortami do dyspozycji ich rezydentów. Pokazujesz także zdjęcia restauracji, w których jadaliście. Oczywiście same wykwintne do których aby uzyskać stolik konieczne jest zrobienie rezerwacji z kilkudniowym wyprzedzeniem.
Kończysz spotkanie kiedy w ustach niemalże zaschło Ci od opowiadania. Wychodzisz z kawiarni, w której się umówiłyście i od momentu kiedy przekraczasz próg czując na twarzy uderzenie chłodnego powiewu powietrza na policzku z zewnątrz...
wracasz do rzeczywistości. 
Wchodzisz do domu, a tam ukochany leży na kanapie, co nie dziwi Cię szczególnie, to obrazek jaki oglądasz każdego dnia, odwracając twarz od telewizora rzucając Ci krótkie; ,,hej" i dalej wracając do podziwiania meczu. Na spektakl o którym tyle opowiadałaś przyjaciółkom dostałaś bilety w pracy i wyciągnęłaś go niemalże siłą, po trzygodzinnym suszeniu mu głowy, że nigdzie nie wychodziliście od ostatnich trzech miesięcy. Zgodził się właściwie tylko dlatego, że po spektaklu miał być bankiet, a bankiet = dobre wino i jeszcze lepsze jedzenie. Dlatego większość przedstawienia przespał, za to na później nabrał życia i wigoru niczym nastolatek i niemalże biegiem leciał do stolika z przystawkami i drinkami. 
Praca? Faktycznie, masz dużo zadań jednak to dlatego, że firma przeżywa kryzys i ledwo wiąże koniec z końcem, a Ty obawiając się wizji zwolnienia, która wisi nad Tobą niczym topór bierzesz wszystkie dodatkowe zlecenia. Szef poruszony ciężką sytuacją nawet tego nie zauważa, a Ty ślęczysz po nocach nad tabelkami z zestawieniami sprzedaży i analizą zysków (których tak naprawdę nie ma nie przekłada się to jednak na mniejszą liczbę tekstu do zredagowania).
Urlop owszem, szarpnęliście się za ostatnie pieniądze za granicę, jednak mieszkaliście w motelu jedliście w przydrożnych barach, a pokazywane zdjęcia robiłaś miejscom, które oglądałaś jedynie przez szybę.
Kim wobec tego jestem? 
Są tacy, którzy widzą rysę na tej idealnej powierzchni, którą stworzyli. Inni powtarzają ją tak często, że zaczynają wierzyć, iż jest ona prawdziwa. Boją się zobaczyć prawdę i dalej tkwią w wymyślonym przez siebie - oczywiście perfekcyjnym świecie. Nie przyjmują do wiadomości realiów, wypierają ze świadomości nie chcąc się z nimi skonfrontować. Pragniemy bowiem być postrzegani jako ludzie sukcesu, ambitni i dodatkowo przekonanie innych, że tak jest umacnia nas w poczuciu, że tacy właśnie jesteśmy. Prowadzi to jednak do niemożności poddania pod wątpliwość istniejącej iluzji i w konsekwencji dalszego osobistego rozwoju. Jak bowiem zmienić siebie kiedy nie dostrzegamy istniejącego problemu, a wszystko jest ,,idealne"?

Jeżeli często zapewniasz wszystkich znajomych, że jest przecież tak wspaniale mimo iż w rzeczywistości do cudowności daleko, to pierwszy sygnał, że jesteś na doskonałej drodze do samooszukiwania siebie. Dodatkowo Twój niepokój powinien wzbudzić fakt, że za wszelką cenę potrzebujesz akceptacji i uznania. Jeżeli dodatkowo nie potrafisz wyrazić emocji i zamykasz się w sobie to oznacza, że czas na zmiany, bo możliwe iż żyjesz nie w prawdziwym świecie ale w fikcji i przywdziewasz maskę. 

Osoby takie często przyjmują pewne schematy. 
Muszę być silną kobietą. Tak mnie bowiem wychowały babcie i mamy. Dlatego też nie mogę mówić o problemach, ponieważ to przyznanie się do słabości, a słabość jest no... słaba. 

Chcę być sobą ale... się boję. 
Wstydzimy się odmienności, chcemy pasować do wytworzonego przez społeczeństwa wzoru. Kobieta? Idealna gospodyni domowa, najwspanialsza żona i kochająca matka, która potrafi pogodzić troskę o dom z karierą zawodową bez mrugnięcia okiem i możliwości pozwolenia sobie choćby na minimalną niedoskonałość. Dlatego wpisujemy się potulnie w schemat uznając go za jedyny prawidłowy. 
Dziś bowiem przecież kobieta, która nie posiada dzieci, bo postawiła na rozwój zawodowy, a z partnerem tworzy związek nieformalny to w poczuciu społeczeństwa zło, za które powinna zostać spalona na stosie. 

Żądamy też postrzegania jako ludzie sukcesu, gdyż czujemy wtedy władzę nad innymi, której tak pragniemy. Dlatego podejmujemy wszelkich rodzajów prac, dodatkowych kursów aby mieć poczucie, że robimy wszystko aby ludzie widzieli w nas osobę, która osiągnęła wszystko to co możliwe, zwłaszcza to co nie udało się innym powodując w nich poczucie zazdrości, które nas umacnia. Łatwo jednak w tym podążaniu do doskonałości zgubić wiele istotniejszych rzeczy po drodze.

Zapytam więc jeszcze raz: 
Kim naprawdę jestem?
Najważniejsze jest zderzenie z rzeczywistością. Nawet tą brutalną. Czasem może być to niczym kubeł zimnej wody ale wiecie co Wam na to odpowiem? Jednym z moich ulubionych haseł:
,,It's okey not to be okay"
Możecie to sobie wydrukować najlepiej na papierze, o wymiarach sięgających od końca jednej ściany do drugiej,  dodatkowo wytłuścić czerwoną farbą i czytać każdego dnia. Perfekcyjni ludzie nie istnieją, za to wyobrażenie o nich? Jak najbardziej! Sami je przecież tworzymy. 

Zdaj sobie zatem sprawę z tego jaki jesteś naprawdę. 
Macie wady? Pewnie, że macie. Zalety? Nie macie?
A ja Wam udowodnię, że tak. Tak tak, każdemu z osobna będę kłaść to do główki póki nie przyznacie mi racji - a mogę to robić naprawdę długo, więc lepiej nie bądźcie oporni. 
Nie traćcie czasu na bajki, żyjcie rzeczywistością w innym przypadku tworzycie fałsz, który bywa zgubny - łatwo się bowiem zatracić. Pamiętajcie, że szukanie pozytywnych stron to co innego niż wyłączne ich wyobrażenie i tkwienie w jej iluzji. 

Mieliście kiedyś problem z określeniem, wyrażeniem siebie? 
Udawaliście przed innymi prawdziwe emocje i własne ,,ja"
chcąc być postrzegani w konkretny sposób? 





Sesja
Słowo, które powoduje iż na ciele każdego dwudziestoparolatka pojawia się gęsia skórka, a przy jego wypowiadaniu zaczynamy się jąkać. W głowie pojawia się myśl, aby wyemigrować z kraju, a już najlepiej na Sybir i zamieszkać w drewnianej chatce wielkości łazienki z dala od wszelakiej cywilizacji by mieć pewność, że tu Cię znajdą. Nawet panie z dziekanatu ze swoimi super mocami. Dobry też byłby jakiś bunkier lub schron na wypadek ataku bomb. Mały, teoretycznie niepozorny prostokącik za to z dumnie wytłuszczonym napisem przypominającym o jego niszczycielskiej mocy sprawczej: indeks spoziera na Ciebie z biurka i choćbyś ukrył go w najgłębszej szafie pod stertą nieuprawnych skarpetek i tak nie pozwala o sobie zapomnieć. Tak tak, zbliża się ten moment i choćbyś bezczelnie z uporem osła nie zrywał kartek z wiszącego w pokoju kalendarza zatrzymując się na miesiącu: marzec, czerwiec jednak nastąpi czy Ci się to podoba czy nie - a bądźmy szczerzy nie podoba się to nikomu, kto ma zniżkę w autobusie -50%. Tak studencie - to do Ciebie.

Jak jednak przetrwać ten najtrudniejszy okres? Co więcej wyjść z niego z tarczą, a nie na niej niczym po starciu z czołgiem, aby we wrześniu móc dalej oddawać się ważnym czynnościom wymagającym ogromnego wysiłku jak podnoszenie w górę i dół pilota od telewizora w celu zmiany kanału. Jak połapać się w chaosie wszechobecnych notatek, których ilość wystarczyłaby do wytapetowania całego mieszkania swojego i wszystkich mieszkańców osiedla?

1. Z odpowiednim wyprzedzeniem
Umówmy się, dzień przed egzaminem to przypuszczam iż nawet ktoś z IQ na poziomie Einsteina nie przyswoiłby około kilkuset stron notatek. Dlatego nie łudź się, że popularne i nagminnie używane stwierdzenie po zadaniu sobie pytania: ,,egzamin DOPIERO za 48h?", a mianowicie: ,,zdążymy" się tutaj sprawdzi.  Zacznij więc wcześniej, aby nie obudzić się, któregoś dnia odkrywszy ze strachem: to dziś jest ten sądny dzień, a ja jeszcze nie wypożyczyłem nawet stosownej literatury. 

2. Kiedy zacząć? Teraz 
Każdy z nas zaczyna od: zaraz. Jest godzina 15:23. Nie można więc rozpocząć nauki - poczekam do 16. Zagapiłeś się jednak i jest 16:07? To zaczekam do godziny 17. Nagle robi się wieczór, a książki nie dotknąłeś nawet tym najmniejszym paluszkiem.

3. Dobra organizacja czasu
Twórz tabele w projekcie, w międzyczasie czytaj literaturę do egzaminu z prawa rzymskiego, a jeszcze dodatkowo twórz notatki z logiki prawniczej. Po chwili zdasz sobie sprawę, że w kolumnie, w której miałeś policzyć podatki za grunty rolne wpisałeś: ,,Idem per idem – polega na tym, że wyrażenie definiowane pojawia się w definiensie i służy do zdefiniowania niejako samego siebie." Dlatego nie rób wszystkiego na raz wierząc, że skończysz wszystko szybciej. Stwórz swój własny plan działania, wypunktuj listę rzeczy do zrobienia poczynając od tych najtrudniejszych i wymagających najwięcej Twojego zaangażowania, które łatwiej będzie Ci zrobić kiedy będziesz miał najwięcej siły i motywacji, a Twoja koncentracja jest na najwyższym poziomie pozostawiając na koniec zadania łatwe i przyjemne kiedy będziesz już bardziej zmęczony (a wierz mi - będziesz). 

4. Na początku był chaos
To pierwsze zdanie w jednej z moich ulubionych książek, a mianowicie ,,Mitologii Greckiej" Parandowskiego. Z chaosu może i owszem udało się stworzyć świat, jednak skutecznej nauki to to z tego nie będzie. Dlatego warto zadbać o odpowiednią organizację stanowiska pracy. Naprawdę potrzebujesz na biurku trzech kubków, nieumytego talerza po obiedzie, papierków po ulubionych cukierkach? Dobrze, te cukierki jestem jeszcze w stanie zrozumieć i wybaczyć... Otwórz okno, wpuść odrobinę świeżego powietrza chyba, że mieszkasz przy najbardziej ruchliwej ulicy w mieście to wtedy sobie daruj chyba, że chcesz słyszeć szaleńców na motorach, którzy próbują udowodnić, który ma lepszą maszynę oraz poprawną, oficjalną polszczyznę panów spod kiosku spożywających napoje wyskokowe. 

5. Wyłączenie rozpraszaczy
Możesz mi wierzyć na słowo, w ciągu ostatnich pięciu minut nie zmieniło na Facebooku statusu z ,,zajęty" na ,,wolny" większość Twoich znajomych. Nie musisz zatem odświeżać tablicy z nadzieją, że pojawi się tam informacja zmieniająca Twoje życie, jak fakt, że Ania kupiła sobie nowy strój kąpielowy i teraz chwali się jego zdjęciem zrobionym w przebieralni na osi czasu. Dlatego choć ręka na myszce drży, skieruj kursor na to czerwone okienko z krzyżykiem i kliknij ,,zamknij". 

6. Korzystanie z pomocy naukowych i... innych osób
Zawsze mówię, że pierwszym etapem podjęcia nauki jest uwaga uwaga: zakup zakreślaczy, karteczek, fiszek i innych dobrodziejstw na jakie marnujemy mnóstwo pieniędzy, a zazwyczaj leżą potem i zalegają w biurku. Jest to równocześnie najprzyjemniejszy (jedyny właściwie przyjemny) etap nauki. Niemniej dla wzrokowców jest to absolutny niezbędnik i jako, że sama zapamiętuje strony ze skutecznością skanera uwierzcie mi - one potrafią one pomóc! Stąd pomimo iż pewnie nie potrzebujesz flamastra w siódmym już kolorze to jednak kup go i ochoczo zakreślaj ważne zdania - zazwyczaj zaznacza się wtedy niemalże każde słowo na kartce, znam to. Słuchowcom z kolei polecam ze skorzystania z pomocy innych ludzi. Poproś mamę, aby w trakcie robienia ciasta przepytała Cię z najważniejszych zagadnień lub przyjaciółkę, która jest dobra z matematyki, która dla Ciebie jest zbiorem nic nieznaczących i przypadkowych cyferek i literek, aby wytłumaczyła Ci skomplikowany wzór na okres drgań wahadła matematycznego. Byle nie skończyło się to zamówieniem pizzy, kupieniem wina i przegadaniu z najmniejszymi detalami przebiegu ostatniej Twojej randki! 

7. Czas na przerwę, czas na kit-kat... znaczy tylko na przerwę 
Czas goni? Ha, domyślam się. W trakcie nauki masz wrażenie, że cały świat jest przeciwko Tobie na czele z zegarem na ścianie, który wprawia w ruch swoje wskazówki z dwukrotną szybkością. Jednak 18h nauki bez przerwy nie sprawi, że skończysz szybciej, a jedynie nabawisz się bólu głowy. Dlatego rób przerwy. Tylko lepiej nie pożytkuj ich na obejrzenie najnowszego odcinka ,,Dlaczego ja", a wyjdź na spacer, dotleń ten biedny, wyciągający wręcz białą flagę z kapitulacją umysł. 

8. Odżyw umysł ale i ciało
Wiadomo, że w obliczu takiej męki, jedynym sposobem na umilenie sobie marnego losu wydaje się czekolada. Zdecydowanie polecam małe osłodzenie sobie tych gorzkich chwil, jednak tak jak zawsze mawiały mamusie odnośnie słodyczy: ,,Najpierw obiadek!". Wcześniej jednak co ważniejsze - pełnowartościowe śniadanie. Dostarcz odpowiednie węglowodany, białka i tłuszcze, a unikniesz dźwięku dochodzącego z żołądka, który przebiłby nawet odgłos lądującego samolotu. 

9. Nagroda
Wiadomo, że największą satysfakcją będzie upragnione 5 w indeksie, jednak para nowych butów nie zaszkodzi, prawda? Każdy powód do nowych zakupów będzie dobry, a jaka idzie za tym motywacja! Dlatego ustal sobie jakąś małą nagrodę za włożony trud, pozwoli to na większą chęć do działania jeżeli w perspektywie przyszłości oczyma wyobraźni widzisz już tą piękną, lakierowaną torebeczkę wyeksponowaną na Twojej półce. 

10. Take it easy!
Przyznajmy to sobie szczerze - łatwo nie będzie, ale stres i wpadanie w panikę choć ciężkie do opanowania raczej nie będą sprzyjać skuteczności przyswajania notatek. Dlatego pamiętajmy o relaksie, pozytywnym myśleniu i przede wszystkim: nie dajmy się zwariować! 4,5 to także dobra ocena, a worki pod oczami z którymi nie poradziłby sobie nawet najlepsze korektor i ich zakrycie stanowiłoby wyzwanie życia dla makijażystów gwiazd tak samo jak zmęczenie skutkujące tym, że do sali egzaminacyjnej muszą Cię zawieść wraz z łóżkiem z którego nie masz siły się podźwignąć nie jest tego warte. 

Mam nadzieje, że porady te pozwolą uniknąć wrześniowej kampanii, a wszyscy w lipcu wybiegniemy z sal wykładowych, pędząc przed siebie szaleńczo, wymachując rękoma krzycząc: wolność! Najwyżej nas złapią i zamkną w stosownym szpitalu gdzie nie doświadczymy klamek. 

Jakie są wasze najskuteczniejsze patenty na naukę? :-) 
Podzielcie się tym, może uda nam się razem 
wypracować skuteczną strategię na tę batalię,
 której nie powstydziłby się nawet Napoleon. ;-) 


Prz okazji powinnam kupić szampana, gdyż mam co opijać.
Założyłam oficjalnie fanpage na Facebooku. :D
Miło mi będzie za każdy kciuk w górę! :-)
Klikamy w link:
Fanpage




Dryyyń, dryyyń, dzwoni i dzwoni budzik - Twój nieodłączny choć wcale nie ukochany kompan dający w sposób dosadny znać o swojej obecności każdego ranka. W głowie kiełkuje myśl o bestialskim zakończeniu jego żywota i rzucenia nim o ścianę w geście rozpaczy, że czas na sen się skończył, zwłaszcza, że właśnie nadchodził jego kulminacyjny moment kiedy miało wreszcie dojść do happy endu z Twoim ulubionym, sławnym aktorem. Zrezygnowany i załamany musisz wytoczyć się z cieplutkiego łóżka, któremu chyba nagle w magiczny sposób wyrosły macki, które próbują Cię w nim zatrzymać jednak oznacza, to... że czeka Cię kolejny dzień, który możesz przeżyć.
Twój ukochany sąsiad zza ściany właśnie sprawił sobie na urodziny ku radości lokatorów z całego bloku... akordeon! Podszedł do zakupu bardzo poważnie i z ogromną fascynacją rozpoczął zapoznawać się z tym instrumentem mając chyba ambicję do dostania angażu w filharmonii. Ćwiczy więc sobie na nim z radością od wczesnego rana kiedy Ty jeszcze przewracasz się w łóżku na drugi bok do późnej nocy kiedy usiłujesz dosłyszeć słowa wypowiadane z telewizora przez bohaterów ulubionego serialu. Najchętniej wyrzuciłbyś instrument przez okno, (opowiadając później, że pod jego nieobecność słyszałeś chyba podejrzanych mężczyzn majstrujących przy zamku jego drzwi, a to, że zginął jedynie instrument, a wszelkie kosztowności pozostały wcale nie wydaje się dziwne) tak bardzo nie mogąc już znieść tego fałszu jednak oznacza to... że możesz słyszeć.
Koleżanka prosiła Cię abyś załatwił dla niej stempelek na dokumencie w urzędzie, bo ona dostała zaproszenie do kina, a data musi być nadana właśnie dzisiaj przez co Ty odpowiadając na prośbę pobierasz numerek i z radością stwierdzasz, że przed Tobą w kolejce jest ZALEDWIE 68 osób i przyjdzie Ci spędzić tam najbliższe trzy godziny. Kiedy nareszcie zbliża się koniec Twojej męki, a przed Tobą stoi już tylko jedna osoba pani urzędniczka oznajmia, że właśnie nadeszła pora jej przerwy na kawę. Kolejne trzydzieści minut stania, a jak dojdzie do kawy ciasteczko to i czterdzieści pięć minut. Masz ochotę udusić koleżankę i w myślach życzysz jej aby film okazał się tasiemcem i dostanie nominację do ,,Złotej Maliny", a facet po wszystkim zamiast do tej ekskluzywnej restauracji, o której szczebiotała, że NA PEWNO ją zaprosi, postawi jej cheeseburgera w McDonnaldzie. No dobrze, będziesz łaskawa niech jeszcze szarpnie się na frytki. Spędziłaś więc cały dzień w kolejce dla jednego małego znaczka na kopercie, którego z lupą by szukać jednak oznacza, to... że nie jesteś sam i masz wśród siebie bliskie osoby, które ufają Ci i chcą zwracać się właśnie do Ciebie o pomoc.
Miał być pięciogwiazdkowy hotel, a okazało się, że standard zasłużyłby może jedynie na trzy ale to i tak przy Twojej ogromnej łaskawości. Przecież poranny posiłek przywieziony przez obsługę hotelową zawierał jedynie chleb tostowy, pełnoziarnisty, croissanty, TYLKO jeden rodzaj szynki i sera, phi skąpcy. Sok też z kartonu, a mógłby być przecież świeżo wyciskany.  Do tego kawa i herbata to przecież norma, nic nadzwyczajnego. W telewizji też zaledwie 106 kanałów... a WiFi słabiej odbiera w łazience. Co to za hotel, nie tego oczekiwałeś... To jednak oznacza, że masz zarobki i możesz sobie pozwolić na odpoczynek i wakacje. 

Dlaczego zamiast narzekać, złościć się i nieustannie marudzić jakie to wszystko jest ,,be", nie będziemy po prostu...
wdzięczni.

Powody dla, których rzadko używamy słowa dziękuję:
Przede wszystkim często jest tak, że nie doceniamy tego co mamy uważając, że nam się to po prostu należy. To dla nas oczywiste, że mamy dach nad głową czy dwie sprawne ręce. Dlaczego mielibyśmy tego nie mieć? Ano moglibyśmy, nie brak bowiem takich, którzy nie doznali nawet tego co dla nas jest jedynie oczywistością i zupełną normą. 

Z drugiej strony wdzięczność postrzegana jest ze słabością. Dziękując za to co posiadamy, przyjmujemy, że dostaliśmy już wszystko i na tym koniec. Każdy z nas jednak chce być uważany i widzieć siebie jako ambitnego, dążącego do tego aby zdobyć szczyt, a nie cieszyć się z drobiazgów, które nie są przecież niczym niezwykłym skoro doświadcza ich niemal większość ludzi. Mam sprawny samochód i co z tego? Sąsiad też ma, a do tego lepszy rocznik. 

Czym jednak jest wdzięczność? 
Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Liv Larsson podobno im częściej wyrażamy wdzięczność tym więcej znajdujemy powodów do jej doświadczania. Za docenianiem tych wszystkich dóbr idzie większe dostrzeganie i otwartość na to co nas otacza, akceptacja i zainteresowanie światem, wzmożona świadomość i intensywniejsze przeżywanie. 

Wdzięczność ma moc! 
Wydaje Ci się, że docenianie tych codziennych drobiazgów ma niewielką siłę sprawczą? Skądże znowu! Wyrażenie wdzięczności pomoże zapewnić lepsze samopoczucie, bowiem wtedy wysyłasz komunikat: ,,jestem szczęśliwy, jest dobrze", a świat także dostrzega, że rzeczywiście tak jest. 
Co więcej pozwala Ci na większe działanie, bowiem dostrzeżenie całego tego dobrodziejstwa, zdanie sobie sprawy, że tyle już masz, że masz siłę i energie pozwala Ci na dalsze działanie i rozwój. Jest niczym motor napędowy do aktywniejszego podejmowania wyzwań. 
Wyrażając natomiast uznanie wobec innych mamy wpływ także i na nich pozwalając im na zrozumienie jak ważną rolę spełniają w naszym życiu i jak doceniamy to co dla nas robią dzięki czemu mogą poczuć się wyjątkowo.

Otwieramy się na wdzięczność 
Niektórym przychodzi to automatycznie inni muszą wyćwiczyć w sobie nawyk dostrzegania tych małych rzeczy i wyrażenia ,,dziękuję" za to, że istnieją i mogą ich doświadczyć. To jednak jest do zrobienia! 
Możesz więc każdego dnia zaczynać poranek od spojrzenia w lustro i wypowiedzenia na głos: ,,Czeka mnie kolejny piękny dzień", co z tego, że na dworze leje jak z cebra i zamiast sandałków musisz przybrać kalosze. 
Kolejne ćwiczenie: Każdego wieczoru, z zegarkiem w jednym ręku i długopisem w drugiej dłoni postaraj się w ciągu pięciu minut wypisać wszystkie miłe rzeczy, które zdarzyły Ci się w ciągu dnia.
Mogą być to wielkie sukcesy jak zdobycie awansu, a także drobne przyjemności jak znalezienie dziesięciu złotych na ulicy czy jabłko podarowane od miłej staruszki na straganie. 

Nie popadajmy w przesadę
Nie chodzi bowiem o to aby dziękować za niemal wszystko. Wtedy bowiem przestajemy rzeczywiście doceniać rzeczy tego warte. Staje się to niemalże obowiązkiem i rutyną, przestaje być również naturalne i szczere. Nie wyrażaj więc wdzięczności dlatego, że musisz tylko dlatego, że naprawdę czujesz, że masz za co dziękować, ponieważ tylko wtedy wyszukiwanie powodów do zadowolenia nie stanie się męczącą powinnością. 

Za co jestem wdzięczna? 
Nie mam wzrostu modelki i raczej nie zobaczycie mnie na okładce Vogue, nie mam na koncie jedynki z sześcioma zerami, za które mogłabym kupić sobie rezydencje na Hawajach, na Majorce i jeszcze na Seszelach. Śpiewać na głos lepiej także nie będę, bo mogłoby się to skończyć telefonem po odpowiednie służby porządkowe z obawą czy kogoś przypadkiem nie zarzynają, ogłuszeniem sąsiadów, a szyby mogłyby rozlecieć się w drobny mak, a za ponowne ich wstawienie chyba bym zbankrutowała. Nie chodzę na wykwintne bankiety gdzie podawany jest szampan o równowartości sportowego auta, a jedynie domówki przy chipsach i paluszkach. Za cenę ubrań z mojej szafy nie wykarmiłabym paru miejscowości i na żadnym nie dostrzeżecie loga Chanel chyba, że je tam sobie domaluje markerem. Na obiady także nie zjadam blinów z łososia sous-vide z musem z liści nasturcji, granitą z buraka i kwaśnymi czarnymi porzeczkami lub też smażone foie gras z werbeną cytrynową oraz delikatnym wywarem z jabłka z dodatkiem rozmarynu, a makaron z sosem. Urlopu nie spędzam na hamaku pod palmą ale na leżaku pod działkową czereśnią. Nie jestem też wachlowana liściem przez opalonego cudzoziemca, który jednocześnie przynosi mi w kieliszku Cosmo, a odpalam sobie stojący wiatrak i popijam lemoniadę (w wersji dla czytelników po 18 roku życia - różowe wino - muszę dbać o moralność tych młodszych rozumiecie).  

Mam jednak dach nad głową, który nie przypomina może willi Angeliny Jolie ale mam w nim swój ukochany pokój, urządzony ,,po mojemu". Mam wspaniałą rodzinę, która myślę, że użyłaby broni palnej i działa bojowego wobec każdego kto sprawiłby, że spadłby mi z głowy najmniejszy włosek. Mam niesamowitych przyjaciół, do których mogę zadzwonić o 3:41 i wiem, że na hasło: ,,Przyjedź mam problem" zjawią się choćby mieli pokonać trasę pociągiem, część przejechać na hulajnodze, a ostatnie metry się doczołgać, w piżamie, a po drodze kupując jeszcze pudełko moich ukochanych ciastek. Studiuję kierunek, który każdego dnia zachwyca mnie na nowo i z którym wiążę przyszłość nawet jeżeli każdy artykuł w Kodeksie Cywilny znam lepiej niż przygody ,,Harrego Pottera", a większość czasu poświęcam na kondensacji norm w przepisie co wierzcie mi jest jeszcze bardziej nudne niż brzmi. Mam zdrowie, które pozwala mi każdego dnia wstawać z łóżka i nawet jeżeli po całym dniu padam zmęczona po kilkunastu godzinach na uczelni lub sfrustrowana, a to bo trzeba było stać godzinę w kolejce w supermarkecie, tylko po to aby kupić jogurt, a to w autobusie ktoś nadepnął mi na nogę, kto inny potrącił, a ścisk był taki, że przysłowiowe sardynki w puszcze mają w niej więcej luksusu i miejsca tyle, że mogłyby tam urządzić imprezę, mogłam tego jednak wszystkiego doświadczyć i mam nowe wspomnienia.  

Nie mając tylu rzeczy...
 mam jednak bardzo wiele.

Jak zawsze zapytam o zdanie Was: 
a Wy, za co jesteście wdzięczni? :-) 
Wyrażacie podziękowanie na co dzień za te ,,małe rzeczy"? 






Dziś poczuje się jak prawdziwa celebrytka. 
W życiu każdej gwiazdy ze szklanego ekranu, która dostała nagrodę jako najlepsza aktorka, a w rzeczywistości kojarzona jedynie z portalu plotkarskiego na którym zamieszczone są zdjęcia z bankietu na którym chwyciła o jeden kieliszek za dużo lub wdała w romans z reżyserem stąd ta nagroda,(bo przecież nie za jej umiejętności aktorskie...) oprócz momentu kiedy może pochwalić się butami za cztery tysiące na czerwony dywanie następuje moment gdy ktoś chce wypytać ją o jej prywatne życie. Zazwyczaj najmniej istotne są pytania o film i jej rolę, za to chętnie wówczas opowiadają o trudnym dzieciństwie i wywlekają wszelkie inne tajemnice rodzinne na światło dzienne. Nic jednak za darmo - mają za to odpowiednie pieniądze więc korzyść jest obustronna, bo gazetka się sprzedaje w nakładzie dwa razy większym niż zazwyczaj. 

W ramach pewnej blogowej akcji, w której nominowani blogerzy odpowiadają na kierowane pytania i ja doznałam tego ogromnego zaszczytu. Co więcej nominowana zostałam wielokrotnie i bardzo dziękuję za to wszystkim! Jest mi niezwykle miło, że ktoś chce wiedzieć cokolwiek o mnie, stąd z miejsca bardzo chętnie zasiadłam do pierwszych pytań. Nominacji było jednak coraz więcej i więcej i pytań zrobiło się sporo, bo 77. Jako, że niestety jest maj, a na stronie mojej uczelni niczym wyrok śmierci wypisane są terminy egzaminów pozwoliłam sobie na małe odstępstwo od reguł tej akcji i od każdej nominowanej osoby wybrałam po trzy pytania za co ogromnie przepraszam i mam nadzieje, ze zrozumiecie, wszak ciężkie jest życie studenta. Zwłaszcza takiego, który niedługo będzie stawał przed szanownym gronem profesorów i bronił swojej wypieszczonej pracy dyplomowej.

Zaczynamy więc wywiad. 
Pytania od: 
Bez czego nie możesz żyć?
Pierwsza moja myśl: kawa. Naprawdę jestem uzależniona chyba od kofeiny, którą popijam od czasów nastoletnich. Próbowałam wyjść z domu bez wypicia porannej filiżanki (tak naprawdę piję z kubka o pojemności wiadra) i na uczelni na pytania: w której sali mamy kolejne zajęcia potrafiłam odpowiedzieć: ,,jest godzina 13:30". Tak bardzo w przypadku braku kofeiny w moim organizmie użyję popularnego określenia: nie ogarniam. Po paru godzinach bez niej przypominam aktora grającego w serialu o zombie ,,Walking dead".
Tak naprawdę jednak brak kawy byłby jednak niczym bez bliskich w moim życiu osób.

Ulubiona bajka z dzieciństwa?
Należę do pokolenia lat dziewięćdziesiątych stąd wiem doskonale co to wieczorynka. Nawet najlepsze zabawy na podwórku kończyły się punkt 19, gdyż trzeba było obejrzeć bajkę na dobranoc. Laptop, Internet były nam wówczas nieznane, stąd byliśmy skazani na to co zaoferuje nam Telewizja Polska. A oferowała same wspaniałości! Któż bowiem nie lubił tych małych, uroczych niebieskich stworków uciekających przed Gargamelem. Jedyne czego nie znosiłam to Gumisów, do tej pory nie wiem o co chodziło z tym sokiem z gumijagód. Ciężko byłoby mi wskazać jedną bajkę jednak najbardziej sentyment mam własnie do tych starych, dobrych wieczorynek oglądanych w łóżku, pod kołderką w misie z kubkiem gorącego kakao. Pamiętam jeszcze taką bajkę: ,,Mysia dolina", którą miałam na kasecie i męczyłam ją każdego wieczoru tak długo, aż kaseta odmówiła posłuszeństwa. Jak to dobrze, że obecnie mamy wszystko w formacie cyfrowym AVI... Wyobrażacie stracić sobie te wszelkie odcinki ulubionego serialu? Istny Armageddon! 

Twoje ulubione miejsce?
Wielokrotnie wspominałam już, że uwielbiam zwiedzać, podróżować, poznawać nowe, ciekawe miejsca. Kocham zarówno Polskie góry, szlaki z których mogłabym nigdy nie schodzić i stoki na których szusuję na nartach póki mnie nie zastanie noc albo skończy mi się setny już karnet na który wydaje niemalże wszystkie pieniądze przeznaczone na wyjazd, a wchodzić pod górę pieszo pół godziny aby zjechać w pięć minut mi się nie chce. Uwielbiam także te urocze pensjonaty z kominkami i knajpki gdzie można wypić przyprawiające o rumieńce grzane wino. Z drugiej strony nie sposób nie zachwycać się ruchliwymi ulicami Londynu, zwłaszcza tymi na których są rzesze butików, z których witryn widnieją czerwone plakaty z napisem SALE, które wypatrzę z odległości paru kilometrów! 
Widziałam wiele jednak miejsce, w którym czuje się najlepiej jest... mój pokój. To moja oaza gdzie czuje się bezpiecznie, gdzie wypoczywam i mam spokój większy niż na wsi, na której obszarze znajdowałaby się jedna jedyna chata zabita deskami, gdzie są tylko kury, krowy, a najbliższy sklep jest w kolejnej miejscowości oddalonej o trzy godziny drogi.
Jaka jest Twoja największa słabość?
Nie potrafię przegrywać. Rodzice często wspominają pewien wieczór w okresie mojego dzieciństwa kiedy dostałam nową grę planszową zwaną bardzo ambitnie: grzybobranie. Wszyscy ochoczo zabraliśmy się do grania. Jednak nastąpił zwrotniczy dla tej historii moment od której włos jeży się na głowie: zebrałam grzybka muchomorka, za którego były ujemne punkty. Wpadałam w płacz. Nie, nie płacz, to był prawdziwy lament! Rodzice obawiali się, że sąsiedzi zadzwonią po odpowiednie służby bojąc się, że dzieje mi się krzywda. Ja zamiast pokornie przyjąć przegraną, strąciłam małą, dziecięcą rączką wszelkie pionki, tupnęłam noga, i wykrzyczałam, że już nigdy więcej z nimi nie zagram. I... faktycznie tak było. :-) Biedna planszówka, zapomniana kurzyła się na półce. Odziedziczyłam tę cechę po moim kochanym tacie, który grając z dziadkiem w szachy potrafi dumać nad jednym posunięciem pół godziny, aby tylko nie wykonać złego ruchu stąd jeżeli na imprezach rodzinnych zaczyna się turniej szachowy, wszyscy nagle muszą coś zrobić w domu i muszą się zbierać, a to: żelazko niewyłączone lub trzeba zdjąć prane, bo zaraz będzie padać rozumiecie aluzje... wiedzą bowiem, że inaczej zastanie ich ciemna noc nad tą samą partią tej szlachetnej gry.

Co napawa Cię największą dumą?
Moje sukcesy. Jestem bardzo ambitna i wszystko czego się podejmę wykonuję nie na sto, ale dwieście procent. Nie robię niczego po łebkach, wszystko obwarowane jest ciężką pracą. Każdy jednak sukces sprawia, że spanie po trzy godziny dziennie, a czasem pomijanie wręcz czegoś tak mało istotnego ale zabierającego zbyt wiele czasu jak sen sprawia mi więcej radości niż zakup najbardziej wymarzonych, nowych szpilek.

Gdzie widzisz siebie za kilka najbliższych lat?
Na pytanie kim będę jak dorosnę, odpowiedziałabym: Będę szefem. Dobrze, trochę żartuję. Chciałabym jednak zajmować kierownicze stanowisko w otworzonej przez siebie działalności. Chyba jak każdy, prawda? Zawsze jako mała dziewczynka z otwartą buzią i wielkimi oczyma oglądałam w filmach te szanowane bizneswomen w białych koszulach, przechodzące po biurze zmierzając do swego gabinetu na wysokich lakierowanych obcasach z aktówką pod pachą. Tak kiedyś będę przechadzała się i ja. Chyba zacznę już rozglądać się za tymi butami i odpowiednią torbą na dokumenty...

Dniem straconym, jest dzień bez...?
Wieczoru lub poranka wyłącznie dla siebie. Zamykam się wtedy na cały świat, a Ty możesz do mnie dzwonić biedny człowieku i dzwonić i... się nie dodzwonisz, bo będę udawać, że ten dźwięk dochodzący z telefonu jest jedynie wyobrażeniem w mojej głowie.

Gdybyś mógł/mogła zmienić jedną rzecz na świecie, co by to było?
Pytanie przypomina mi trochę konkursy piękności, gdzie przychodzi do zadawania pytań kandydatkom i stoi ta biedna Miss przed mikrofonem i rzuca standardową odpowiedź: ,,Chciałabym pokoju na świecie".
Gdybym miała taką moc sprawczą wyeliminowałabym brak tolerancji wśród ludzi. ,,Jestem przecież taki otwarty!" mówi każdy. W rzeczywistości jednak codziennie rzuca kąśliwe uwagi: ,,Uważaj, bo to Cygan, zaraz zostaniesz bez portfela". Odmienny nie znaczy gorszy. Wyobrażacie sobie żebyśmy wszyscy byli tacy sami? Jaki świat byłby wówczas nudny, a tak to można sobie chociaż obgadywać. 

Jakiego produktu/dania chciałabyś spróbować najbardziej?
Moja ciekawość przypomina ciekawość małego dziecka, który po raz pierwszy próbuje jak smakuje czekolada i z miejsca skrada mu serce, a potem przy każdej kasie z płaczem woła: ,,Mamo kup mi batonika!". Moje podniebienie jest niczym tabula rasa - biała tablica, która rządna jest zapisania na niej jak największej ilości egzotycznych smaków. Stąd też tak ciągnie mnie do kuchni azjatyckiej - ach ta wielość aromatycznych przypraw, po kuchnie hiszpańską i owoce morza gdzie dostajesz taką ośmiorniczkę i zastanawiasz się czy te macki to się na pewno je. Poza tym lubię niestandardowe połączenia i niebanalne kompozycje. Dlatego też chyba w dzieciństwie np. zajadałam się kanapkami z dodatkiem musztardy czy majonezu bądź grzankami z serem i skrojonym w półksiężyce porem. 

Jak wyglądałby Twój idealny poranek?
Każdy poranek, który wiąże się z wyjściem z domu bez porządnego śniadania, kawy i porannego przeglądu blogów i całego dobrodziejstwa Internetu z góry skazuje dzień na porażkę i nie wróży dobrego humoru. Tłumacz to jako: bez kija nie podchodź. 

Jaki posiłek/produkt kojarzy Ci się z dzieciństwem?
Jako dziecko punkt ósma rano szykowałam się do ukochanej szkoły - wtedy były to czasy podstawówki więc nieznany był mi stres związany ze sprawdzianami i udanie się do niej było największą przyjemnością kojarzoną wyłącznie z zabawą. Wyciągałam z najniższej cobym mogła sięgnąć szafeczki moją ukochaną zieloną miseczkę, nalewałam do niej mleka, wsypywałam czekoladowe płatki, wsadzałam tą magiczną wówczas dla mnie mieszankę na półtorej minuty do mikrofalówki i po chwili wyciągałam czekoladowy raj dla podniebienia. Tak wyglądał niemal każdy mój poranek przez całe lata. Kiedy mama zbiła moją miseczkę, oczywiście jeszcze tego samego dnia musiała być nowa i koniecznie ZIELONA. Taka była ze mnie mała terrorystka!

Jakie jest Twoje największe marzenie związane z blogowaniem?
Każdy z nas chciałby wykonywać pracę, która związana będzie z jego pasją i będzie sprawiać mu przyjemność. Zazwyczaj jednak budząc się o siódmej rano i szykując do niej patrząc w lustro mówi głośno: ,,Za jakie grzechy..." Gdyby udało mi się połączyć prowadzenie bloga ze sposobem na zarabianie na życie byłabym najszczęśliwszą osobą w tej galaktyce, mogąc robić to co kocham, co sprawia mi moc radości... i jeszcze by mi za to płacili!

Gdybyś w magiczny sposób mogła sprawić, że nagle będziesz umieć wykonywać jakąś rzecz (której do tej pory nie potrafiłaś) lub otrzymasz jakiś niezwykły talent, co by to było?
Pewnie byłoby to związane z moją miłością do wszelkich aktywności więc mogłabym być drugą Sereną Williams lub też do sztuki i zostać kolejną Vanessą-Mae, która zapewne urodziła się dzierżąc smyczek w dłoni kując nim w oko niczego winnego pana doktora odbierającego poród.

Jak wyglądałyby Twoje idealne wakacje?
Podróż dookoła świata! No dobrze, wystarczyłby mi zachód Europy nie będę aż tak wymagająca i pazerna. Spakowałabym więc wszystko w jedną walizkę (haha, jedna pewnie pomieściłaby jedynie moje buty... albo i nie) i zabukowała bilet lotniczy do ciepłych rejonów by móc rozkoszować się promieniami słońca na leżaku dopóty skóra na moim ciele nie zacznie przypominać odcienia mahoniu. W rzeczywistości pewnie opaliłabym się na czerwono, a w nocy nie mogła z bólu spać na plecach ale co z tego! 
Ile masz par butów?
Za dużo, zdecydowanie za dużo...

Najlepszym lekarstwem na smutek jest...
Wypłakanie się w rękaw najlepszej przyjaciółce przy akompaniamencie dobrego wina i wielkiego pudełka lodów. Właściwie to wystarczą same lody. 

Czy istnieję coś takiego jak prawdziwa miłość i przyjaźń?
Słysząc o tych wszystkich zdradach czy rozwodach czy oglądając je na ekranie podczas popołudniowego seansu ,,Trudnych spraw" człowiek mógłby pomyśleć, że w dzisiejszych czasach prawdziwej miłości już nie ma, a Ci wszyscy pisarze z epoki romantyzmu musieli wdychać niezłe substancje skoro pisali o takich uczuciach. Można pomyśle, że istnieje jedynie przywiązanie, a wszelkie związki tworzone są bo: tak trzeba i tylko to uznawane jest obecnie za normę. Tak to przecież wygląda, prawda? Wykształcenie, rodzinny dom i zasadzenie drzewa. Jak jednak wątpić w nią widząc moich ukochanych dziadków, którzy uśmiechają się do siebie z tą samą czułością co pięćdziesiąt lat temu? 
Wierząc w prawdziwą miłość byłabym ignorantką nie wierząc w przyjaźń, bo w każdej przyjaźni musi być odrobina także i tej miłości. 

Gdybyś mógł wykonywać absolutnie każdy zawód na świecie, jaki byś wybrał?
Prawnik. Zawsze bowiem pragnęłam walczyć w imię sprawiedliwości i przed okiem surowego sądu bronić swoich klientów. Mieć w głowie każdy przepis prawny i wykorzystać go zwycięsko niczym asa z rękawa, gdy sprawa z góry wydawałaby się przegrana, a sędzia ostatecznie chciałby już walnąć  tym swoim młoteczkiem krzycząc: winny!

Jak wygląda dom/mieszkanie twoich marzeń?
Chciałabym dwupiętrowe apartamentowe mieszkanie w nowoczesnym osiedlu na obrzeżach miasta z prowadzącymi do sypialni krętymi schodami, z własnym gabinetem i całą ścianą zajętą półkami z książkami oraz ogromną, białą kuchnią w której przyrządzałabym swoje popisowe dania (kiedyś przecież nauczę się porządnie gotować), które jedlibyśmy z całą rodziną przy ogromnym jadalnianym dębowym stole. Za domem natomiast ogródek, na którym prażyłabym swoje blade nóżki przy aromacie frykasów ze znajdującego się obok grilla. Oczywiście mówimy o domu marzeń, stąd apartamentowiec i meble wyjęte z katalogu Ikei są zrozumiałe. Jednak dom to tylko budynek, najważniejsi są ludzi, którzy go zamieszkują. 

Ile miałeś lat, kiedy pierwszy raz się zakochałeś?
Byłam wtedy bardzo dojrzałą osobą, która doskonale wiedziała co to związek mężczyzny z kobietą. Ha ha, tak naprawdę miałam wtedy całe jedenaście lat ale ta skromna liczba nie przeszkadzała mi uważać, że mój wybranek jest miłością mojego życia. Zwłaszcza, że przygrywał na szkolnych apelach na keyboardzie utwór: ,,Nie płacz Ewka", a taką wówczas miałam w szkolę ,,ksywę", uważałam, że to znak od niebios! Co ciekawe widziałam go niedawno na dziale z mrożonkami w supermarkecie i nic się nie wydarzyło więc chyba to jednak nie ten. 

Uff, dobrnęłam do końca! :-)
Czas na moje pytania. <zaciera rączki>

1. Jaki był Twój najdziwniejszy sen, który pamiętasz?
2. Kto najbardziej Cię inspiruje, jest Twoim autorytetem?
3. Jakie jest najzabawniejsze zdarzenie z Twojego dzieciństwa? 
4. Co chciałbyś pozostawić po sobie dla potomnych?
5. Jakie były najważniejsze dla Ciebie słowa jakie w życiu usłyszałeś i od kogo?

Nie będę nominować konkretnych osób, ponieważ większość z Was na takie pytania już odpowiadała, skierowane są jednak do wszelkich moich stałych czytelników i komentatorów i będzie mi niezwykle miło jeżeli na swoich blogach lub w komentarzu pod moim wpisem pokusicie się o podzielenie się ze mną odpowiedziami! :-)