Niedawno obchodziłam dzień, którego data z roku na rok powoduje, że kąciki ust zamiast wędrować w górę jak podczas próby zdobycia szczytu Mont Everest, lecą niczym wagonik w kolejce górskiej na dół. Tym samym powodują na twarzy grymas jak na widok talerza szarej brei zwanej kaszą manną serwowanej w przedszkolu. Urodziny! Publicznie prawdopodobnie, aby uniknąć upokorzenia nie powinnam wyjawiać które. Jako jednak, że jak domyślam się aż zżera czytelników od środka ciekawość... Jeżeli chcecie ją poznać musicie tylko wziąć liczbę szesnaście następnie pomnożyć razy dwa, potem odjąć dwanaście i na koniec dodać trzy. Proszę bardzo! :-) Te urodziny, które jednak obchodzę własnie teraz policzyć jest zdecydowanie łatwiej. Aby celebrować to święto nie muszę wcale zapakować do koszyka wszystkich dostępnych na półce sklepowej opakowań świeczek. Nie muszę także pokrywać nimi każdego milimetra kwadratowego powierzchni tortu ciasno układając przy sobie byle tylko zmieścić co do jednej. Przyznam szczerze, że i takie zabiegi niewiele pomagają przez co muszę je wbijać już nawet w boki ciasta. Tu akurat nie ma problemu - potrzebna mi bowiem tylko jedna jedyna! W takim wypadku dobrze się składa, że przynajmniej zaoszczędzę na ich zakupie, ponieważ na urodzinową zabawę w celu celebrowania wydarzenia prawdopodobnie potrzebowałabym wynająć halę lotniska lub stadion narodowy, aby pomieścić wszystkich gości. Nie, żadna tam ze mnie celebrytka, jednak faktyczne grono znajomych przewyższa posiadaną liczbę kontaktów w telefonie niejednej prezenterki z porannego kanału śniadaniowego. W odróżnieniu jednak od nich w moim środowisku ludzie nie zajmują się pozowaniem na ściankach pokazując torebkę za której równowartość można by oświetlić przez miesiąc stolicę jednego z największych państw Europy Zachodniej. Moje grono znajomych choć jak mam wrażenie bardziej utalentowane to jednak zupełnie niedocenione. Niestety przed nimi nie rozciągają czerwonych dywanów, po których przechadzać się można machając dostojnie dłonią niczym sama angielska królowa i narażając na wadę wzroku przez fleshe krwiożerczych paparazzi będących w stanie sprzedać własną nerkę dla zrobienia odpowiedniego zdjęcia.
Niektórzy z moich przyjaciół swoimi przepisami na ruskie pierogi doprowadziliby do upadku restauracji samego kulinarnego guru serwującego faszerowaną musem z zielonego groszku przepiórkę w sosie rozmarynowym z kminkiem ułożoną na chipsie gdyby tylko serwowali je w bistrze obok. Inni doprowadziliby swoimi recenzjami znanych krytyków do konieczności rozsyłania CV po barach, aby załapać się na zmywak, gdyby tylko to ich recenzje zamieszczono w rubryce The New York Timesa. Felietony niektórych powinny być powodem zapraszania ich na kozetkę do znanych programów publicystycznych zamiast tych wszystkich ludzi z show biznesu opowiadających o swojej ciężkiej pracy polegającej przeważnie na piciu szampana zagryzanego krakersem z owocami morza.
Tajemniczy goście, którzy powinni wraz ze mną świętować to wydarzenie to nikt inny jak...
Wy moi drodzy!
Rocznica o której mówię, to dla mnie nie lada wydarzenie, bowiem to pierwsze urodziny mojej strony. Dokładnie rok temu założyłam tego bloga i tu pojawia się głośne westchnienie i zderzenie z brutalną rzeczywistością: kiedy to zleciało! Pamiętam ten moment, kiedy pierwszy raz zasiadłam do laptopa obowiązkowo z moim ekwipunkiem: wiadrem kawy i paczką maślanych herbatników. Nieśmiało zaczęłam przebierać paluszkami po klawiaturze. Pisałam zdanie, kasowałam, wcisnęłam lekko kilka klawiszy, a potem długo przyciskałam backspace i zaczynałam od nowa. Kiedy pierwszy raz kliknęłam: opublikuj serce waliło mi niczym dzwon samego Zygmunta. Jego bicie było głośniejsze niż na pierwszej prawdziwej randce, kiedy jako nastolatka zaproszona zostałam do restauracji. Tam też na starcie popełniłam największy błąd mojego życia zamawiając makaron, który nijak nie chciał się nawijać na widelec... Jakbym mało była zestresowana!
Potem pojawił się pierwszy komentarz i z wypiekami na twarzy zasłaniając oczy dłonią niczym na wszelkich horrorach, które tylko udaję, że oglądam doczytałam słowa: ,,Podoba mi się tutaj!". Gdybyście widzieli wówczas mój uśmiech! Jeżeli zrobiono by mi w tym momencie zdjęcie jestem pewna, że każda firma kosmetyczna sprzedająca pasty do zębów zaoferowałyby mi prawdziwe miliony, aby móc umieścić je w swojej reklamie. Pomyśleć, że wystarczyło pstryknąć sobie selfie, a teraz zamiast pisać na starym krześle przy biurku pod oknem z widokiem na architekturę Szczecina leżałabym rozłożona w hamaku czując na twarzy bryzę Oceanu Spokojnego...
Potem pojawił się pierwszy komentarz i z wypiekami na twarzy zasłaniając oczy dłonią niczym na wszelkich horrorach, które tylko udaję, że oglądam doczytałam słowa: ,,Podoba mi się tutaj!". Gdybyście widzieli wówczas mój uśmiech! Jeżeli zrobiono by mi w tym momencie zdjęcie jestem pewna, że każda firma kosmetyczna sprzedająca pasty do zębów zaoferowałyby mi prawdziwe miliony, aby móc umieścić je w swojej reklamie. Pomyśleć, że wystarczyło pstryknąć sobie selfie, a teraz zamiast pisać na starym krześle przy biurku pod oknem z widokiem na architekturę Szczecina leżałabym rozłożona w hamaku czując na twarzy bryzę Oceanu Spokojnego...
Aby uczcić ten dzień kupuję kawałek najlepszego szczecińskiego sernika z białą czekoladą i limonkową polewą (warto tu przyjechać na krajoznawczą wycieczkę choćby tylko dla niego, naprawdę!), wbijam brutalnie z impetem świeczkę i myślę życzenie. Życzę sobie kolejnych lat spędzonych tutaj mając cichuteńką nadzieję, że będziecie mi nadal towarzyszyć, ponieważ bez Was nie byłoby tego miejsca. By Was przekonać (i trochę przekupić...), każdemu wysyłam po wirtualnym kawałeczku ciasta. Muszę się jedynie pospieszyć, ponieważ znając moją beznadziejnie niekończącą się miłość do tego rodzaju wypieku za chwilę w okno będą stukać gołębie w nadziei na pozostałe wyłącznie okruszki. Nie zaparzajcie jednak jeszcze kawy, ponieważ pomimo moich wysiłków znając naszą pocztę przyjdzie Wam się nim raczyć może w okolicach bożonarodzeniowych świąt przy odrobinie szczęścia.
Chciałabym skorzystać z okazji i podziękować Wam za to, że naprawdę czytacie tę moją czasami paplaninę. Dodatkowo jeszcze poświęcacie swój czas zamiast zrobić coś o wiele bardziej pożytecznego jak oglądanie filmików słodkich szczeniaczków na Youtube, aby skomentować i dołożyć coś od siebie! Najchętniej podziękowałabym każdemu z osobna jednak niestety zajęłoby mi to tyle czasu, że kiedy tylko bym skończyła nawet ta najskuteczniejsza z dostępnych na rynku farb do włosów nie pokryłaby siwych pasm na mojej głowie.
Wszyscy razem tworzymy to miejsce,
dlatego dziękuję dziękuję dziękuję.
Mam nadzieje, ĹĽe do zobaczenia tutaj jutro i... za kolejny rok! :-)










